Katarzyna Włodkowska. Fot. z archiwum Katarzyny Włodkowskiej
Katarzyna Włodkowska. Fot. z archiwum Katarzyny Włodkowskiej
LudziePodróże

Daleko od domu mieliśmy nie płakać

Reklama

Nazywa się Katarzyna Włodkowska, mieszka w Pile, uczy języka polskiego licealistów z Nafty i wobec niemocy świata ma tę odwagę graniczącą z bezczelnością, która pozwala jej rzucić się z – wydawałoby się – motyką na słońce. Bo ilu znasz ludzi, którzy pracując na zwykłym – nauczycielskim – etacie w Polsce, budują sierociniec w Ugandzie?

Rozmawiał: Marcin Maziarz
Zdjęcia z archiwum Katarzyny Włodkowskiej

Rozmowa ukazała się w ósmym numerze Magazynu67 (marzec – kwiecień 2020).

Budaka, Uganda. Fot. z archiwum Katarzyny Włodkowskiej
Budaka, Uganda. Fot. z archiwum Katarzyny Włodkowskiej

Za sto tysięcy złotych w Polsce można – od biedy – zbudować mały drewniany domek. Co można za sto tysięcy zbudować w Ugandzie?

Dom dla dzieci. Pierwotnie chcieliśmy zbudować nieduży dom dla siedemdziesięciorga „naszych” dzieci. Zmieniliśmy koncepcję i chcemy zbudować większy, żeby przyjąć też dzieci bezdomne.

Czyli budowy jeszcze nie zaczęliście?

Wykopaliśmy fundamenty, kupiliśmy dziewięć tysięcy cegieł… Później wydało nam się egoizmem, że myślimy tylko o tych „naszych” dzieciach. Są jeszcze dzieci z ulicy, które również zasługują na dom.

To dla ilu dzieci chcecie teraz budować?

Mamy plan, żeby nasz dom pomieścił sto czterdzieścioro dzieci. Brakuje nam dwieście trzydzieści tysięcy złotych.

Czyli łącznie będzie około trzystu tysięcy. W polskich realiach to dom jednorodzinny…

W naszym domu planujemy sale sypialne dla dziewcząt i dla chłopców, dwie sale lekcyjne, świetlicę w której dzieci mogłyby odrabiać lekcje. Ma być kuchnia zewnętrzna i łazienki, które są niebywałym luksusem w tamtych warunkach.

A te „wasze” dzieci, to kto?

A te „nasze” dzieci, to dzieci. Takie same, jak wszystkie inne na świecie. Mają marzenia, chcą chodzić do szkoły, lubią się bawić, mają swoje pasje, swoje obawy, swoje lęki…

Chłopcy mieszkający w sierocińcu w Budace. Fot. z archiwum Katarzyny Włodkowskiej
Chłopcy mieszkający w sierocińcu w Budace. Fot. z archiwum Katarzyny Włodkowskiej

To inaczej: czyje to dzieci? Wasze czyli…

Nasze, czyli niczyje. Dzieci, którymi się opiekujemy w Ugandzie, to są sieroty albo półsieroty – dzieci, które de facto, nie mają rodzin. Mają opiekunów, którzy im pomagają.

Ale „wasze”, czyli Stowarzyszenia „Nadzieja Dla Ugandy”?

To są dzieci objęte opieką ugandyjskiej organizacji The Youngerz Athletic Foundation. A „nasze”, bo przez dwa lata, razem z moimi uczniami, prowadziłam z nimi lekcje on-line. I dlatego mówię „nasze”, bo ich znam, rozpoznaję, znam imiona.

Twoi uczniowie czują, że to są też „ich” dzieci?

Oczywiście. Po pierwsze proces oswajania trwał bardzo długo. Moi uczniowie raz w tygodniu prowadzili – na lekcjach wychowawczych – takie lekcje wychowawcze ze światem. Na początku przedstawiali siebie, mówili o swoich pasjach, marzeniach, o Polsce, o historii, o kulturze. Zabraliśmy „nasze” dzieci z Ugandy na spacer po Pile, pokazaliśmy im wyspę, fontannę, naszą szkołę… A że ten kanał działa w dwie strony, chłopcy też opowiadają o historii Ugandy – czasami śmieszne rzeczy – opowiadają o kulturze, uczą tańców… Trzeba było mnie zobaczyć, jak tańczyłam… Każda lekcja jest uwieczniona, więc mój żenujący występ również… My im pokazywaliśmy poloneza, polkę, makarenę… Bywa rozrywkowo. Chłopcy opowiadają nam o najpiękniejszych miejscach w Ugandzie, albo o tym jak wygląda system edukacyjny u nich i pokazujemy czym nasze systemy się różnią. Moi uczniowie pokazują proste eksperymenty fizyczne i chemiczne, a chłopcy uczą nas grać w szachy…

W jaki sposób uczniowie z Ugandy trafili na was?

Pierwotnie byliśmy w programie humanitarno-edukacyjnym i tam w bazie był Ashirafu. Zgłosiliśmy się do tego projektu. Ashirafu napisał do mnie czy chciałabym ze swoimi uczniami prowadzić takie lekcje. Nie powiem, żebym była szczególnie szczęśliwa, bo w projekcie byli też dziennikarze, a moja klasa ma profil medialny, więc to była zdecydowanie bliższa mi profesja. Ashirafu jest sportowcem, a ja pojęcie o piłce mam standardowe, jak na blondynkę. Ale okazało się, że jest to człowiek o wysokiej kulturze osobistej, bardzo rzetelnie przygotowywał lekcje. Połowę lekcji prowadzimy my, połowę – oni. Teraz moi uczniowie martwią się, co się stanie, jak pójdą na studia, bo nie chcieliby tego zaniedbać, a wiadomo, że się rozproszą po Polsce. Chcą dalej, regularnie prowadzić te lekcje.

Uczniowie miejscowej szkoły. Fot. z archiwum Katarzyny Włodkowskiej
Uczniowie miejscowej szkoły. Fot. z archiwum Katarzyny Włodkowskiej

To dla twoich uczniów ważne?

Moi uczniowie powiedzieli, że od przyjaźni nie ma przerw, więc… Czy są dla nich ważne? Tak, są dla nich ważne do tego stopnia, że kiedy są ferie, wakacje, święta Bożego Narodzenia, oni nadal się spotykają i prowadzą lekcje. Mają silne poczucie przynależności, i to jest piękne.

W święta i w ferie przychodzą do szkoły i łączą się z uczniami z Ugandy?

W wakacje przychodzili do szkoły, a czasami spotykają się u kogoś w domu i prowadzą zajęcia przez Messengera.

Która to klasa?

Trzecia – maturalna. Mogliby znaleźć wiele argumentów, żeby tego nie robić: brak czasu, nadmiar nauki… Mogliby szukać usprawiedliwień, ale tego nie robią. Mają świadomość, że to chyba jest ważniejsze niż cała reszta.

Pojechałaś do Ugandy. Okazało się, że to co oglądaliście w czasie transmisji, to było trochę malowanie trawy na zielono…

Trochę naiwnie wierzyliśmy… Nie wiedzieliśmy za bardzo w jakich warunkach żyją dzieci. Łączyliśmy się głównie, kiedy były w szkole. Był laptop dyrektora, sala lekcyjna… Oczywiście odbiegała od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce, ale to nie była jakaś drastyczna różnica. Dzieci wyglądały naprawdę porządnie – każde w identycznym mundurku. Dopiero przyjazd tam otworzył nam oczy.

To jak wyglądało to twoje zderzenie z ugandyjską rzeczywistością? Wysiadłaś na lotnisku…

Nie poleciałam sama, tylko z rodzicami mojego ucznia – z Reginą i Jackiem Wojnickimi, którzy wraz z Samuelem Hübenthalem, tworzą trzon naszego stowarzyszenia. Wysiedliśmy na lotnisku, i już się okazało, że jesteśmy jedynymi białymi w promieniu dwustu kilometrów. Z lotniska w Kampali do Budaki jechaliśmy jeszcze sześć godzin.

Budaka to miasto? Wieś?

Moim zdaniem to duża wieś. Nie ma sklepów, rolnicy sprzedają swoje produkty bezpośrednio na rynku.

A jak wyglądała rzeczywistość dzieci? Sierociniec to wynajmowany budynek bez okien, z ogromną żelazną bramą. W sierocińcu były cztery pokoje z wnękami, takie malutkie miejsce, w którym grali w szachy, równie mała kuchnia, w której Jowelia, która też się opiekuje dziećmi, przygotowywała posiłki. Było również coś, co przypominało toaletę. No i nieduży plac. Myślę, że całość mogła mieć sto pięćdziesiąt metrów powierzchni.

Ile dzieci tam mieszkało?

Pięćdziesięciu siedmiu chłopców. Brak miejsca jest tam największym problemem. Pierwszy raz w życiu widziałam trzypiętrowe łóżka.

Trzypiętrowe?

Trzypiętrowe, żeby zmieściło się jak najwięcej dzieci. Na jednym materacu spało średnio dwóch chłopców. Materace na dzień są składane na łóżka i leżą jeden na drugim – nie ma tyle przestrzeni, żeby chłopcy mogli się swobodnie poruszać po tych pokoikach.

Kto trafia do tego domu?

Oprócz chłopców mamy też dziewczynki – mieszkają w innej lokalizacji. A trafiają sieroty i półsieroty. Najmłodszy – Junior, który ma cztery lata, czyli jest o dwa lata młodszy od mojego syna – przebywa w sierocińcu od trzech lat. Ktoś podrzucił go pod drzwi sierocińca, kiedy miał niespełna roczek.

To nie zawsze jest tak, że rodzice umierają? Zdarza się, że porzucają dzieci?

Zdarza się i tak, i tak. Ścierają się tam takie dwa paradoksalne nurty. Jeden, który sugeruje, że bliższa i dalsza rodzina powinna się opiekować dzieckiem, i drugi, w którym ludzie z łatwością wchodzą w nowe związki i nie czują odpowiedzialności za dzieci, które narodziły się wcześniej, i je porzucają. Najczęściej porzucającym jest mężczyzna, który zostawia kobietę z kilkorgiem dzieci, a ta często sobie nie radzi. Nie ma tam żadnej opieki socjalnej.

I kiedy wiąże się z nowym partnerem, porzuca dzieci, które ma z poprzednim?

Oczywiście to nie jest reguła, ale często jest tak, że przymuszona sytuacją szuka dla tych dzieci jakiejś opieki, i często one trafiają do sierocińca.

To jest uwarunkowane bardziej kulturowo, czy ekonomicznie?

Wydaje mi się, że ekonomicznie.

Wracając do sierocińca – jak wygląda zwykły dzień w tym miejscu?

Byliśmy tam w czasie, kiedy chłopcy chodzili do szkoły. Wstawali o wpół do szóstej. Najwcześniej wstawał opiekun i najstarszy – dziewiętnastoletni – Eric, który pomagał przygotować dzieci i wysyłał je do szkoły. Dzieci myją ręce i buzie, zakładają mundurki i buty, w których muszą iść do szkoły. Przed wyjściem jedzą taką kaszkę – oni to nazywają maize albo posho, a przypomina ona kaszkę mannę. Potem idą do szkoły, z której wracają około siedemnastej, czyli stosunkowo późno. Ściągają mundurki i od razu je piorą, żeby były czyste na następny dzień. I idą grać… Ashirafu – ich opiekun – dba o to, żeby przez cały czas były zajęte.

Żeby nie przychodziły im głupoty do głowy?

Oczywiście też, choć – jak to z dziećmi – czasem przychodzą. Ale sport ma wpłynąć na wychowanie i socjalizację dzieci. Chłopcy codziennie przez półtorej godziny grają w piłkę nożną. Za boisko, a właściwie klepisko, też trzeba płacić. Wracają, myją ręce i jest główny posiłek. Najczęściej składa się z ziemniaków i sosu zrobionego z tłuszczu i odrobiny mleka. Uczą się i odrabiają zadania domowe, dopóki jest jasno. Na równiku ciemno robi się stosunkowo szybko, a jest ogromny problem z dostępem do prądu…

W Wikipedii przeczytałem, że dziewięćdziesiąt procent domostw nie ma dostępu do prądu…

Tam teoretycznie prąd jest – są kable i cztery żarówki – ale w praktyce często są przerwy w dostawie i tak naprawdę przez większość dnia prądu nie ma. Często uczestniczyliśmy w takich zabawach po kolacji – chłopcy siedzą po ciemku na betonie i starsi zadają młodszym zagadki, albo uczą ich liczyć, albo śpiewają dla siebie. To jest dla nich forma rozrywki, ale też sposób na to, żeby ćwiczyć umysł i korzystać z wiedzy starszych chłopców.

Z tego co mówisz: skoro jest chłopiec czteroletni, i jest dziewiętnastolatek, to właściwie pod jednym dachem żyje cały przekrój wiekowy dzieci i młodzieży? To powoduje jakieś konflikty?

Też tak myślałam. Ja mam jedno dziecko i często sobie z nim nie radzę. Zastanawiałam się, jak młody człowiek – Ashirafu ma dwadzieścia siedem lat – jest w stanie zapanować nad taką grupą dzieci. Jest tam dyscyplina, ale nie była to dyscyplina, która w jakiś sposób mnie zaniepokoiła. Jestem bardzo wrażliwa na punkcie tego, jakie relacje budują nauczyciel i opiekun z dziećmi. Ale tam widziałam, że dzieci po prostu wiedzą, co robić. Na przykład, kiedy był wydawany posiłek, naturalnym było to, że pierwsze w kolejce były te najmłodsze skrzaty, ponieważ one mają ograniczoną cierpliwość i musiały zjeść pierwsze. Wszyscy stali w kolejności, bez przepychania. W ciszy i pokorze zjadali posiłek. Po posiłku każde dziecko – nawet najmniejsze – opłukiwało naczynie z którego jadło. Dzieci o siebie dbają. Na przykład, kiedy idą na boisko i wydawany jest sprzęt – czyli dwie piłki i koszulki – wszystko jest zapisywane.

Przywieźliśmy materiały do szkoły i mieliśmy syndrom Świętego Mikołaja, żeby wszystko wszystkim rozdać. Na to Ashirafu mówi: „Spokojnie, Kate, rozdaj każdemu po jednej sztuce. Jak zużyje ołówek, i pokaże, że jest zużyty, wtedy wydam kolejny”. Czyli jest też ogromny rozsądek w dysponowaniu tymi skromnymi środkami, które mają. Ale dzieci są też nauczone szacunku do siebie, szacunku do przedmiotów. Nie widziałam tam żadnych kłótni, przepychanek, rękoczynów. Przeciwnie – na przykład przywieźliśmy balony, których dzieci nie widziały nigdy wcześniej. Najmłodszy – Junior – przebił swój balon i zaczął płakać. Natychmiast pojawiły się cztery pary rąk, które chciały mu oddać swój. Kiedy nie było prądu, i chłopcy robili dla nas przedstawienie – recytowali swoje wiersze albo śpiewali piosenki – najstarszy Eric, z malutką latareczką, sprawdzał zadania domowe młodszych dzieci. To mnie tak rozczuliło, że my siedzimy i staramy się bawić, chociaż to nie było proste, a on miał w sobie ogromną odpowiedzialność za młodszych chłopców. Robił po prostu to, co do niego należy. Tam każdy wie, co do niego należy. Przerażające było to, jak obserwowaliśmy taką bezbrzeżną biedę, ale też niezwykłą głębię relacji, uważność na drugiego człowieka.

Sierociniec w Budace. Fot. z archiwum Katarzyny Włodkowskiej
Sierociniec w Budace. Fot. z archiwum Katarzyny Włodkowskiej

Jak tak cię słucham, mam déja vu. Podobnie ten świat sierocińca opisywała Agnieszka Rujner-Markowska, kiedy rozmawialiśmy o buddyjskim klasztorze w Katmandu, w którym dwaj mnisi opiekowali się stu czterdziestoma osieroconymi i porzuconymi chłopcami. Tam też była konieczna dyscyplina, kolejność wydawania posiłków, organizacja czasu, żeby ten świat funkcjonował w miarę sprawnie.

Podziwiam Agnieszkę za jej działania. Robi niezwykłe rzeczy. Wydaje mi się, że dyscyplina jest potrzebna, ale wiem też, że nasze dzieci mogą liczyć na czułość. I to też mnie uspokaja, że jest nie tylko dyscyplina, ale są też emocje i dobre relacje z opiekunami.

Jak w tym świecie radzą sobie najmłodsze dzieci, które najbardziej potrzebują czułości, dobrych emocji, przytulenia?

Trudno mi sobie wyobrazić taką sytuację, bo przekładam ją na moje dziecko. Nie widzi mnie tak często, jakbym chciała żeby mnie widziało, ale potrzebuje czułości, wtulania się, trzymania za rękę, śpiewania, czytania. I jak myślę sobie o tych dzieciach, które zasypiają właściwie wtulone jedno w drugie, to wyobrażam sobie co czują i jakie mają niezaspokojone potrzeby.

Czego się uczą w szkole?

Uczą się trochę innych przedmiotów niż my. Regularnie dostaję screeny świadectw szkolnych, z których – szczerze mówiąc – nie wszystko rozumiem. Są w języku angielskim. Podstawowe przedmioty, to science – nauka, w której mają elementy chemii i fizyki, matematyka – królowa nauk w Ugandzie… Pytałam, czy następnym razem mam przywieźć kalkulatory. Ashirafu był prawie oburzony: „Nie, Kate, dzieci muszą wszystko liczyć w głowie”. Mają jeszcze język angielski… W sumie tylko pięć przedmiotów.

Ale te przedmioty są bardziej rozbudowane, niż te nasze rozłożone detalicznie?

Nie. Wydaje mi się, że ta wiedza jest bardzo ogólna, aczkolwiek w matematyce chłopcy są biegli.

Jaka czeka ich przyszłość? Co mogą robić na miejscu? Mogą nauczyć się zawodu, żeby wyrwać się z tego zaklętego kręgu?

Liczymy na to, że się wyrwą. Najstarszy z chłopców – Eric – dzięki wsparciu życzliwych osób mógł pójść na studia. Kiedy zapytałam go jakie ma marzenie, najpierw odpowiedział, że chciałby, żeby najmłodsze dzieci miały ubrania. A kiedy zapytałam jakie jest jego największe marzenie, odpowiedział, że chciałby studiować. Zapytałam: co? Odparł, że chciałby być nauczycielem historii. Gdyby taka odpowiedź padła w Polsce, pewnie towarzyszyłaby jej salwa śmiechu. On ma takie marzenie, żeby skończyć studia i uczyć inne dzieci, a takim jego największym, największym marzeniem jest być jak Ashirafu – ich opiekun. Chciałby mieć sierociniec i opiekować się kolejną sześćdziesiątką dzieci. I właśnie na to liczymy, że to będzie takie perpetuum mobile: chłopcy będą pomagać sobie nawzajem. Oni mają świadomość, że jedynym sposobem, żeby przerwać ten krąg biedy, niedostatku, jest edukacja. Doceniają też to, że mogą się uczyć, bo nie każde dziecko w Ugandzie ma taką możliwość. Chcą robić różne rzeczy. Część marzy o tym, żeby być piłkarzami – jak wielu chłopców w ich wieku. Część bardzo dobrze zna się na uprawie roślin i chcieliby pracować w rolnictwie. Część chciałaby być nauczycielami. Część chciałaby pracować w budownictwie. Marzenia mają różne, ale mają też świadomość tego, że będą musieli całe życie ciężko pracować.

Sierociniec w Budace. Oczekiwanie na posiłek przygotowany przez Jowelię. Fot. z archiwum Katarzyny Włodkowskiej
Sierociniec w Budace. Oczekiwanie na posiłek przygotowany przez Jowelię. Fot. z archiwum Katarzyny Włodkowskiej

Kilka razy pojawiło się imię Ashirafu…

To jest dwudziestosiedmioletni opiekun chłopców. Oprócz niego jest jeszcze Jowelia – też młoda dziewczyna – która przez cały dzień zgięta w pół do ziemi gotuje posiłki na samochodowej feldze, na której stoi wielki gar. To są ogromne ilości jedzenia. Regina, która była z nami, chciała pomóc Jowelii obierać ziemniaki. Noże były tak tępe, że równie dobrze można było obierać łyżką. Ta młoda dziewczyna ma bardzo zniszczone ręce, bo przygotowanie takiego posiłku to jest ogromny wysiłek fizyczny.
Ashirafu to jest człowiek, który był dla nas zagadką. Do Ugandy polecieliśmy właściwie po to, żeby się przekonać, że on faktycznie istnieje. Łączyliśmy się przez internet, widzieliśmy go, ale w internecie można wykreować fałszywe wyobrażenie z wielką łatwością. Wiele osób wykorzystuje tragedię dzieci do różnych celów. Musieliśmy mieć absolutną pewność, że dzieciom nie dzieje się krzywda, że faktycznie jest ktoś, kto się nimi opiekuje. Kiedy zobaczyliśmy na żywo, jak chłopcy się do niego tulą, jaki jest dla nich dobry, że je ostatni, że wstaje pierwszy, że właściwie jedyny temat, który można z nim poruszyć, to są dzieci… Zna wszystkie ich historie, dba o nie, dba o ich leczenie, o edukację, chodzi od szkoły do szkoły, prosząc, by przyjęły chłopców bez konieczności opłacania czesnego…

W Ugandzie szkoły są płatne?

Są płatne i bezpłatne. W państwowych szkołach w jednej klasie może być sto pięćdziesięcioro dzieci, i ławki tylko dla części z nich. Nauczyciele często nie docierają do pracy. Nauczyciel – w przeliczeniu – dostaje jakieś trzysta czterdzieści złotych pensji. Nawet w Ugandzie to są niewielkie pieniądze i w szkołach państwowych nauczyciele często ignorują swoje obowiązki. W szkołach prywatnych, gdzie trzeba płacić czesne, dzieci dostają dostęp do edukacji na wyższym poziomie. Dostają też posiłek – to też ważne. Kiedy wyjeżdżaliśmy z Ugandy, powiedziałam do Ashirafu, że teraz chłopcy doczekali wakacji i będzie wielka radość. On spojrzał na mnie i mówi „Kate, tutaj wakacje to jest więcej problemów, bo w szkole dzieci dostają posiłek, a tak wszystko zostało scedowane na nas”. Więc to taka umiarkowana radość.

Dzieci uczą się w różnych szkołach – w zależności od wiedzy, od wieku i od zdolności, dlatego odwiedziliśmy kilka z nich. Rozmawialiśmy z dyrektorami, którzy chwalili się na przykład medalami czy pucharami zdobytymi przez „nasze” dzieci. Nasi chłopcy i dziewczynki są bardzo dobrzy w sporcie – w piłce nożnej, i wybitnie grają w szachy. Zdobywają nawet odznaczenia ogólnokrajowe.

Mówiłaś, że nowy dom chcecie zbudować nie tylko dla „waszych” dzieci, ale także dla innych. Rozumiem, że jest ich więcej…

Jest więcej. Obiecaliśmy sobie, że jak pojedziemy do Ugandy, nie będziemy płakać, ani nie będziemy pokazywać że w jakikolwiek sposób dotknęło nas to, co zobaczyliśmy…

I już pierwszego dnia się z tego postanowienia śmialiście…

Nie było nam do śmiechu, ale staraliśmy się znajdować dobre strony sytuacji. Na przykład: budynek, w którym mieszkają dzieci, wynajmowany, jest w naprawdę kiepskim stanie. Myślę, że w Polsce byłby przeznaczony raczej na kurnik niż na miejsce do spania. I była tam taka bardzo ciężka, żelazna brama… Chciałam znaleźć jakiś dobry punkt tej sytuacji, i powiedziałam do Ashirafu, że cieszę się, że tu jest taka solidna brama, bo dzieci mają poczucie bezpieczeństwa, nikt się tutaj nie włamie ani ich nie napadnie… Kate – odpowiedział Ashirafu – ta brama nie ma chronić przed złodziejami, bo tutaj nie ma czego ukraść. Ta brama broni przed innymi dziećmi, które chciałyby być w sierocińcu, ale nie ma już dla nich miejsca.

Najgorsza część dnia, to jest moment, kiedy musi wieczorem ją zamknąć. Kiedy byliśmy wewnątrz, widzieliśmy w szparze pod drzwiami dziecięce rączki i oczy, które czekały na pomoc.

I to pokazało, że jest tam więcej dzieci, które potrzebują pomocy. Mam świadomość, że nie zbawimy świata, nie pomożemy wszystkim, ale uważam, że tej społeczności jesteśmy w stanie pomóc, że ten cel jest mierzalny i realny, i jesteśmy na tyle zdeterminowani, że absolutnie nie zamierzamy się z tego wycofać. Tym bardziej, że w nowym sierocińcu planujemy zewnętrzną kuchnię, która będzie wydawała posiłki. Będą też sale lekcyjne, w których dostęp do nauki – może nie takiej regularnej i systemowej – będą miały dzieci ulicy. I liczę, że to pomoże. Widzieliśmy straszne rzeczy. Czteroletnią, bezdomną dziewczynkę, która nosiła na plecach półtorarocznego brata. To jest widok, którego się nie zapomina. Wiem, że moglibyśmy zamknąć oczy, powiedzieć, że nie damy rady, mamy za niskie pensje, za krótkie ręce, nie mamy znajomości. Świat się odwraca od takich historii, nikogo to nie wzrusza, tak samo jak nikogo teraz nie wzrusza tragedia w Jemenie. Argumentów, żeby nic nie robić, jest mnóstwo, ale nieszczególnie to na nas działa. Wiemy, że tym dzieciom można pomóc mądrze, dobrze, wychować je przez edukację i zaspokoić ich podstawowe potrzeby.

Na budowie nowego domu dla osieroconych dzieci. Fot. z archiwum Katarzyny Włodkowskiej
Na budowie nowego domu dla osieroconych dzieci. Fot. z archiwum Katarzyny Włodkowskiej

Skoro mówisz o zewnętrznej kuchni, o salach lekcyjnych dostępnych dla dzieci spoza domu, zakładam, że tę działalność też będziecie musieli sfinansować?

Idea jest taka, żeby to było perpetuum mobile. Ziemia, na której ma stanąć dom, to jest pięć hektarów, na których są już zasadzone ziemniaki irlandzkie, drzewa mangowca, które właśnie pierwszy raz owocują, jest posho, są orzeszki ziemne. Oni – opiekunowie – tę ziemię uprawiają. Nie dokończyłam mówić o opiekunach. Jest jeszcze Eric Magic, który jest jednym z najlepszych fotografów w Ugandzie. A żeby było ciekawiej – nie ma własnego aparatu.

I kiedy zaczną zbierać plony, będą mogli karmić nie tylko siebie, ale też innych?

Tak. Nie odcinamy się od pomocy, kiedy nowy dom już stanie, ale zależy nam na tym, żeby punkt ciężkości i odpowiedzialność przeszła na opiekunów. Przy takim zabezpieczeniu bytowym mogą skupić się na pozyskiwaniu środków na bieżące funkcjonowanie, na jedzenie. Sale można też wynajmować. Bo kiedy odbywają się rozgrywki szachowe – teraz oni będą mogli wynajmować salę i w ten sposób zarabiać.

Planujecie szkolenia albo tutoring dla opiekunów?

Wiesz, myślę, że to my moglibyśmy się od nich uczyć. To, co zobaczyliśmy, udowodniło nam, że to są bardzo szlachetni ludzie. Mieliśmy w sobie wiele podejrzeń, wiele scenariuszy, że to nie może być tak jak wygląda. I teraz musimy leżeć krzyżem…
Mam wrażenie, że to my powinniśmy się uczyć od tych opiekunów. Po pierwsze: poświęcenia. Po drugie: cierpliwości, konsekwencji i metodyki w działaniu. Po trzecie: uporu w dążeniu do celu i w działaniu w ekstremalnie trudnych warunkach. Łatwo jest pomagać, kiedy się coś ma. Ale ci ludzie mają do zaoferowania wyłącznie swój czas, swoje serce i swoje umiejętności. I robią to najlepiej jak potrafią. Uważam, że „nasze” dzieci nie mogły znaleźć lepszych opiekunów.

Katarzyna Włodkowska i Ashirafu. Fot. z archiwum Katarzyny Włodkowskiej
Katarzyna Włodkowska i Ashirafu. Fot. z archiwum Katarzyny Włodkowskiej

Wracając do Ashirafu: skąd on się tam wziął?

Pochodzi z Budaki. Jego wujek – kiedy żył – opiekował się dziećmi. Jego mama opiekuje się dziewczynkami w jego rodzinnym domu. Mieszka tam chyba siedemnaście dziewczynek – też je odwiedzaliśmy. On opiekuje się chłopcami. To jest człowiek, który pomaganie ma we krwi. Mówimy, że jego serce bije tylko dla dzieci. Nie chcę używać górnolotnych słów, ale mam wrażenie, że jest to rodzaj takiej „świeckiej świętości”. On nie myśli o tym, żeby założyć rodzinę, nie myśli o sobie. Obsesyjnie myśli o tym, żeby dzieci poszły do szkoły, chore dostały leki na czas… Część dzieci jest nosicielami HIV.

W tym roku też chcesz lecieć do Ugandy?

Chcieliśmy lecieć w czasie ferii zimowych, ale zabrakło nam pieniędzy. Planujemy podróż pierwszego sierpnia. Teraz już wiemy co jest potrzebne – wtedy to była dla nas podróż w kosmos: lecieliśmy w ciemno, ja pierwszy raz w życiu leciałam samolotem. Pierwsze dwadzieścia dziewięć godzin było trudne… Lecieliśmy z Berlina do Kataru, z Kataru do Entebbe. I potem jeszcze kilka godzin jazdy samochodem do Budaki.

Za pierwszym razem działaliśmy intuicyjnie i zabieraliśmy to, co nam się wydawało, że przyda się dzieciom. Teraz planujemy zabrać dużo większy bagaż, żeby zabrać wszystko to, czego nie można kupić na miejscu: artykuły higieniczne, porządne moskitiery, latarki LEDowe, lampki solarne, chochlę dla Jowelii, bo nie ma nawet tego – jedzenie nakłada drugim talerzem, parząc się przy tym. Zabralibyśmy ubrania, książki w języku angielskim, bo chłopcy bardzo chcą czytać, a w całym sierocińcu jest tylko jedna książka o ptaszkach. Może kilka gazet, piłki, pompkę do piłek… Na pewno część rzeczy kupimy w Kampali, ale jak najwięcej chcemy zabrać z Polski.

Jak można wam pomóc?

Na różne sposoby. Można nas wesprzeć myślą i zrobić dobry uczynek dla świata…

Ale to nie pomoże w budowie sierocińca…

Można wpłacić darowiznę na konto Stowarzyszenia Nadzieja Dla Ugandy, albo na zrzutka.pl – Katarzyna Włodkowska i Regina Wojnicka – obie mamy zrzutki założone wyłącznie na ten cel.

Sierociniec w Budace. Fot. z archiwum Katarzyny Włodkowskiej
Sierociniec w Budace. Fot. z archiwum Katarzyny Włodkowskiej

Gdyby ktoś chciał przekazać książki, piłki…

Jak najbardziej może to zrobić – najłatwiej będzie skontaktować się bezpośrednio ze mną na Messengerze. Przydałyby się jeszcze ręczniki, ołówki, wkłady do długopisów…

Zeszyty?

Zeszyty są dość ciężkie i akurat je można kupić na miejscu, ale bardzo poważny problem jest z anglojęzycznymi książkami. I buty. Nie wiem ile będziemy w stanie przewieźć, ale wielkim skarbem w Ugandzie są buty – w każdym rozmiarze.

Jak to – już prawie dwuletnie – ugandyjskie doświadczenie wpłynęło na ciebie?

Szczerze?

Na to liczę.

Szczerze, to całkowicie sponiewierało moim jestestwem. Sporo zmieniło. Staram się nie marnować pieniędzy, nie kupować nowych rzeczy, jeżeli nie ma takiej konieczności. A te pieniądze, które mogę odłożyć i przesłać, są na pewno cenniejsze niż kolejna para butów. Pobyt tam uświadomił mi, że szczęście wcale nie jest uwarunkowane stanem posiadania. I chociaż to jest truizm, i teoretycznie wszyscy o tym wiemy, to wcale nie żyjemy według tego przykazania uważności, które mówi, że najbardziej istotna jest bliskość drugiego człowieka. Pobyt w Ugandzie uświadomił mi, że żyję – jakkolwiek dyskusyjnie to zabrzmi – w cudownym kraju, w kraju w którym państwo opiekuje się niechcianymi dziećmi, starszymi ludźmi, gdzie mam ciepłą wodę w kranie, mam prąd, i mam wszystko co jest niezbędne do tego, żeby być szczęśliwą. Nigdy nie miałam takiej potrzeby, żeby kolekcjonować rzeczy – mam stary samochód, telefon po którym widać, że najlepsze lata ma już za sobą. Mam świadomość, że rzeczy nie mają absolutnie żadnej wartości, chyba że są przekazane komuś, kto ich naprawdę potrzebuje.
Cztery miesiące po powrocie były straszne. W Ugandzie nie mogliśmy spać – bezmiar biedy, silne emocje, kołatanie serca… I taka paraliżująca świadomość, że nie jesteśmy w stanie pomóc wszystkim. Chyba to najbardziej mnie przybiło – że tak dużo chcielibyśmy, a tak niewiele możemy. I zamiast skupić się na obszarze, który jest możliwy do zmiany, leżeliśmy wpatrzeni w sufit i mieliśmy poczucie ogromnej bezsilności. Chcemy zrobić wszystko, żeby połączyć tych, którzy mają, z tymi, którzy nie mają. Może się uda, że świat będzie trochę jaśniejszy.

A na twoich uczniów?

Uwielbiam ich.

Znasz ich już dwa i pół roku…

Myślę, że podobnie refleksyjnie. Na pewno nawiązali nowe znajomości, na pewno kształcą swoje kompetencje językowe. Ale to są rzeczy, które wydarzyły się przy okazji i przypadkiem, i wcale nie są najważniejsze. Na pewno wpłynęło na nich, bo mają podobne wnioski: nie mamy potrzeby, żeby posiadać, że mamy wystarczająco dużo, żeby być szczęśliwymi. Pytanie: czy jesteśmy?

Jeżeli podoba ci się Magazyn67, polub go:

Cały ósmy numer Magazynu67 możesz przeczytać tutaj:

Kliknij na czytniku – na górze i na dole wysuną się belki nawigacyjne. Strony możesz powiększać i pomniejszać (podwójne kliknięcie lub +/-), czytnik możesz otworzyć na pełnym ekranie.

Czytnik w wersji pełnoekranowej możesz też otworzyć klikając w link: https://www.yumpu.com/xx/document/read/63149045/magazyn67-nr-8-marzec-kwiecien-2020.

Możesz też pobrać cały magazyn w formacie PDF (88,5 MB):

 

Reklama