Anna Bieżyńska i Tomasz Janczar na planie filmu „Echo”. Fot. Zbigniew Komorowski
Anna Bieżyńska i Tomasz Janczar na planie filmu „Echo”. Fot. Zbigniew Komorowski
Ludzie

Echo

Reklama

„Echa” nie da się obejrzeć ot, tak, przy obiedzie. „Co komu siedzi w głowie, najbardziej wychodzi przy interpretacji. Podobało mi się, że każdy odczytuje ten scenariusz na swój sposób. Nikt z aktorów ani spośród osób, które miały do niego dostęp, nie odczytał go dokładnie w ten sam sposób jaki przyjąłem za główną linię interpretacyjną” – mówi Tomasz Janczar, producent, scenarzysta, reżyser i kierownik produkcji (w jednej osobie) zrealizowanego w Pile filmu „Echo” (prod. TV Asta, SEMiF).

Rozmowa z Tomaszem Janczarem ukazała się w siódmym numerze Magazynu67 (grudzień 2019 – styczeń 2020).

Strasznie tajemniczym projektem jest twoje „Echo”. Efekt zamierzony?

Tak. Odeszliśmy od takiego schematu, że kiedy ktoś coś robi, stara się usilnie to promować. Obecnie każdy projekt musi być napompowany do granic możliwości, w powietrzu musi unosić się hype. A ja lubię robić odwrotnie, na przekór. Lubię robić coś co nie jest aktualnie modne, co nie należy do danej chwili, tylko jest uniwersalne. Utrzymanie przez jakiś czas takiej…

Anna Bieżyńska i Tomasz Janczar na planie filmu „Echo”. Fot. Zbigniew Komorowski
Anna Bieżyńska i Tomasz Janczar na planie filmu „Echo”. Fot. Zbigniew Komorowski

Tajemnicy? Jakieś zapowiedzi jednak były.

Tajemnica to za dużo powiedziane. Zapowiedzi musiały się pojawić, ale kampania informacyjna jest trochę nieszablonowa, bo były długie okresy milczenia. TV Asta ma duże możliwości promocji, ale dawkujemy sobie te informacje. Całość działań promocyjnych jest dość mocno rozłożona w czasie.

W jakich okolicznościach wydarza się „Echo”?

Mamy bohaterkę Kingę. Domyślamy się, że była chora, i próbuje po tej chorobie wrócić do rzeczywistości. Tyle, że ta zastana rzeczywistość nie jest taka jak przed chorobą. Coś się zaczyna zmieniać. Przede wszystkim widzimy, że ma koszmary. Te koszmary wychodzą z domeny snów w sferę rzeczywistości. A może jej się tak tylko wydaje? W scenariuszu jest wiele niedopowiedzeń. Lubię zostawiać otwarte zakończenia, lubię robić rzeczy, których nie da się zinterpretować tylko w jeden właściwy sposób, czy odebrać tylko na jednym poziomie. Ten film celowo nie doprecyzowuje wielu elementów i jest mocno wyprany ze szczegółów. Można to uznać za słabość scenariusza, można uznać również za jego pewną uniwersalność.

I tego uczyłeś się w łódzkiej filmówce, czy to w stu procentach twoja wizja?

W Łodzi skończyłem produkcję. Mieliśmy oczywiście zajęcia scenariuszowe, ale uczyłem się głównie jak produkować filmy czy programy. A „Echo” to jest moja wizja. Dotyczy zresztą nie tylko tego filmu, ale tego, jak czuję sztukę czy wszelkie działania artystyczne. Chciałbym, żeby to co powstaje, nie było jednorazowe czy jednowymiarowe. Wolę postawić pytanie niż udzielić odpowiedzi.

Na planie filmu „Echo”: Tymon Tykwiński i Kamil Januszewski przygotowują kamerę. Fot. Zbigniew Komorowski
Na planie filmu „Echo”: Tymon Tykwiński i Kamil Januszewski przygotowują kamerę. Fot. Zbigniew Komorowski

To skąd ta wizja? Obudziłeś się z nią pewnego poranka?

Wybudzenie ze snu jest tu jak najbardziej na miejscu. Jeśli sen jest ciekawy, czy nader realny, to po przebudzeniu możemy się zastanawiać, czy to był sen, czy to faktycznie się wydarzyło w twoim życiu. Lubię takie zagwozdki, bo te sny mogę traktować w kategoriach kina. Jeżeli oglądasz film i przez dwie godziny zanurzasz się w innej rzeczywistości, odrywając się od swojej, to znaczy, że film jest dobry, bo cię wciągnął. Sen po przebudzeniu może wywołać takie właśnie odczucia, że zastanawiasz się, czy to było naprawdę, czy nie.

Bardzo lubię „Przypadek” Kieślowskiego. Pokazuje trzy różne scenariusze życia tego samego człowieka. Jedno zdarzenie definiuje jego późniejsze wybory życiowe, jego karierę czy życie prywatne. I to też jest ciekawe: jak nasze życie mogłoby wyglądać, gdyby wydarzyło się coś lub coś się nie wydarzyło. Tę przypadkowość, losowość, senność, starałem się przenieść do scenariusza.

Oglądasz dużo filmów?

Kiedyś dużo, dziś już trochę mniej.

Kto cię inspiruje?

To wyszło właśnie przy „Echu”. Świadomie inspirowałem się Kieślowskim i jego „Przypadkiem”. Choć w finalnej wersji scenariusza i filmu tego już nie widać, bo scenariusz zmieniał się w trakcie prac nad filmem. Na pewno inspirowałem się „Personą” Bergmana, ale potem okazało się, że nieświadomie wiele rzeczy wziąłem od Polańskiego, szczególnie z tak zwanej „trylogii apartamentowej” – „Wstrętu”, „Dziecka Rosemary” i „Lokatora”. To są filmy, z których dwa widziałem w dzieciństwie i zostały mi gdzieś w pamięci. Jeżeli chodzi o efekt finalny, wyszło na to, że chyba najbardziej inspirował mnie Polański.

Robert Gulaczyk w roli doktora Roberta Wachowskiego oraz Michał Krzywicki – filmowy Adam. Fot. Zbigniew Komorowski
Robert Gulaczyk w roli doktora Roberta Wachowskiego oraz Michał Krzywicki – filmowy Adam. Fot. Zbigniew Komorowski

Pamiętasz pierwszy film, który obejrzałeś świadomie?

Nie licząc bajek, to pierwszym co pamiętam z dzieciństwa, jest teledysk Queen „The invisible man”. W takiej stylistyce…

Pamiętam dużo efektów specjalnych.

Tak, w tamtych czasach to było coś niesamowitego. Gry komputerowe, Atari, Commodore… To było „wow” i faktycznie, dla dziecka to mogło być atrakcyjne. A Queen słucham do dziś.

A sztuka filmowa?

Pierwszym filmem, który oglądałem w kinie były „Gwiezdne Wojny. Imperium kontratakuje” – to był chyba 1988 lub 1989 rok i było to coś niesamowitego! Słynna bitwa o lodową planetę Hoth – prawdziwy kosmos! Ale przecież filmy oglądał każdy w mniejszej lub większej dawce – szczególnie na kasetach VHS. To nie było tak, że strasznie się tym fascynowałem. Tak jak każdy zna się na piłce nożnej, tak każdy zna się też na filmach, bo każdy korzysta z tego medium.

Magdalena Biegańska i Robert Gulaczyk. Fot. Zbigniew Komorowski
Magdalena Biegańska i Robert Gulaczyk. Fot. Zbigniew Komorowski

Ale nie każdy traktuje jak sztukę.

Fakt. Ale każdy może sobie traktować filmy jak chce. Po obejrzeniu iluś hollywoodzkich produkcji, ciężko mi już oglądać takie rzeczy, bo one są tworzone od pewnej kalki i pojawia się w nich całe mnóstwo schematów. W polskim kinie też widać kalki, czy elementy obowiązkowe w danym gatunku. Ja nie cierpię takich rozwiązań. Nie znoszę powielania scenariuszy, działania według schematów… Ostatnio mamy modę na filmy historyczno-biograficzne… Każdy film w jakiś sposób innowacyjny jest dla mnie czymś z wyższej kategorii, nawet jeśli jest słabszy pod względem realizacji. Lubię artystów, którzy eksperymentują, poszukują, a ich twórczość ewoluuje i się zmienia.

Wróćmy do „Echa”. Scenariusz zmieniał się wiele razy?

Bardzo wiele razy.

Jak długo leżał w szufladzie?

Pierwszy zarys powstał w grudniu 2017. W tamtym zamyśle to była pięciominutówka w zupełnie innym klimacie. Wtedy myślałem, że nagramy ją w jakiś weekend. I tak to sobie trochę przeleżało. W międzyczasie zrobiliśmy „Powstanie Wielkopolskie. Czarnków odzyskany”. Po okresie zdjęciowym musiałem się jakoś oderwać, i zająć głowę czymś innym. Zacząłem przerabiać ten scenariusz. Wtedy powstała wersja na piętnaście minut. Pomyślałem, że skoro mamy już piętnastkę, to pójdźmy po bandzie i zróbmy solidny krótki metraż. W okolicach kwietnia 2018 powstała pierwsza pełna wersja scenariusza. Jesienią pojawiła się szansa, że będziemy mogli go zrobić jako koprodukcję TV Asta i SEMiF. Finalna wersja ma około 27 minut.

Na planie filmu „Echo”. Fot. Zbigniew Komorowski
Na planie filmu „Echo”. Fot. Zbigniew Komorowski

„Rozciągając” scenariusz w czasie nie bałeś się, że zrobi się przegadany?

Temu filmowi to nie grozi – bardzo mało w nim dialogów. „Echo” ma oddziaływać na widza wizualnie i raczej wymaga dopowiedzenia sobie czegoś.

Jak długo trwały zdjęcia?

Poczekaj, to nie koniec… Kolejne zmiany były podyktowane tym, że Miasto Piła postanowiło wesprzeć projekt. Ze strony Urzędu nie było żadnej ingerencji w sferę artystyczną. Uwzględniliśmy po prostu miejską przestrzeń, choć – znowu – nie są to „standardowe” miejsca w Pile. To nie jest film, który byłby formą promocji na zasadzie „pokażmy ładne krajobrazy”. Lokacje zostały wybrane tematycznie. Zmiana polegała na tym, że w pierwszej wersji scenariusz zakładał zdjęcia niemal tylko we wnętrzach.

Mogę już pytać o zdjęcia?

Zmiany w scenariuszu były permanentne. Nawet podczas zdjęć – to jest czas, w którym zawsze dochodzi do zmian. Wtedy pierwszy raz byliśmy pełną ekipą, mieliśmy możliwość przeczytania dialogów z aktorami. Każdy aktor, który wciela się w swoją postać, ma propozycję jak powinny brzmieć jego kwestie. Mówi, że coś tu nie gra, że można to uprościć… Dużo zmian w dialogach wprowadzaliśmy na poczekaniu.

Na planie filmu „Echo”. Scena na przystanku przy Placu Konstytucji 3 Maja w Pile. Fot. Zbigniew Komorowski
Na planie filmu „Echo”. Scena na przystanku przy Placu Konstytucji 3 Maja w Pile. Fot. Zbigniew Komorowski

Spotkaliście się – tak jak czasami oglądamy to w telewizji – przy wielkim stole na czytanie scenariusza?

Niestety nie. Nie było bowiem dnia, w którym pełna obsada spotkałaby się na planie. Część aktorów przyjeżdżała na dwa dni zdjęciowe, część – na trzy. A na przykład Rafał Cieluch miał tylko jeden dzień zdjęciowy, ale cieszyłem się, że przyjechał, bo mieć takiego aktora, to zaszczyt dla debiutanta.

To jak długo trwały zdjęcia?

Jeśli dobrze pamiętam siedem dni.

Całkiem spora produkcja.

To jest kameralny film. Nie ma w nim spektakularnych scen. Jak porównasz go z naszą poprzednią produkcją – „Powstaniem Wielkopolskim” – wydaje się mały i mało spektakularny. Ale i bez tego trzeba było zorganizować całą produkcję. Każde przeniesienie ekipy i sprzętu z jednego miejsca na drugie zajmuje sporo czasu. Jedna ciekawostka: dom głównej bohaterki był grany tak naprawdę w czterech lokacjach. W innym mieszkaniu była grana sypialnia, w innym – kuchnia, w jeszcze innym – korytarz i winda, a blok z zewnątrz to jeszcze inne miejsce.

Przejdźmy do aktorów. Pewnie spodziewasz się, że pierwsze będzie pytanie o Roberta Gulaczyka

Oczywiście!

Sceny nagrywane na jeziorze Płotki w Pile wymagały od operatora szczególnych umiejętności. Łódź zabezpieczył pilski MOSiR. Fot. Zbigniew Komorowski
Sceny nagrywane na jeziorze Płotki w Pile wymagały od operatora szczególnych umiejętności. Łódź zabezpieczył pilski MOSiR. Fot. Zbigniew Komorowski

Chętnie obsadzasz go w swoich produkcjach.

Ja w ogóle bardzo lubię Roberta. Abstrahując od tego, że jest świetnym aktorem, to przede wszystkim po dwóch wcześniejszych produkcjach można powiedzieć, że ta znajomość jest już w jakimś stopniu zażyła. Robert był pierwszym, który uwierzył w ten projekt i od samego początku chciał w nim wziąć udział. Jednocześnie z dużą wyrozumiałością podchodzi do pewnych naszych braków. To jest człowiek, który grał w nominowanym do Oscara filmie „Twój Vincent”, grał w „1983” Netflixa, a na co dzień gra w świetnym teatrze Modrzejewskiej w Legnicy. I przyjeżdża do Piły, jest bardzo entuzjastycznie nastawiony, wspiera swoją obecnością całą ekipę. Generalnie jego podejście do pracy i do naszych przedsięwzięć jest fantastyczne. Wspaniały człowiek i wspaniały aktor.

Jak szukałeś pozostałych aktorów?

Skoro jesteśmy przy Robercie… Miałem okazję parę razy widzieć go na żywo w Legnicy i tam przy okazji mogłem poobserwować innych znakomitych aktorów. I tak jakoś się złożyło, że dwoje z nich bardzo zapadło mi w pamięć: Rafał Cieluch, który – jak wychodzi na scenę – to… czapki z głów, fenomen! I Magda Biegańska, bardzo ładna aktorka, którą zapamiętałem z „Biesów” – tworzyła tam zgrany duet z Robertem. Zapamiętałem, że oni bardzo dobrze wypadali we wspólnych scenach. W „Echu” Robertowi brakowało partnerki, więc pomyślałem sobie: kurczę, nie dość, że charakterystyką idealnie pasuje do postaci, to wiem, że ten duet się sprawdzi, bo – po pierwsze – się znają, a po drugie – wizualnie to jest po prostu ładny duet.

Ania Bieżyńska dołączyła do obsady dość późno jak na główną rolę – ale to już osobna historia. Bardzo się cieszę, że się zdecydowała, bo w tej chwili nie wyobrażam już sobie w tej roli nikogo innego. Z kolei Michał Krzywicki z Dagmarą Brodziak trafili do „Echa” przez moją znajomość z Dagmarą z Akceleratora Krajowej Izby Producentów Audiowizualnych. Razem kończyliśmy ten kurs, dzięki temu znałem ich kreacje z rewelacyjnego thrillera Diversion End.

Anna Bieżyńska w roli Kingi. Fot. Zbigniew Komorowski
Anna Bieżyńska w roli Kingi. Fot. Zbigniew Komorowski

Pojawiają się też aktorzy lokalni…

Spośród lokalnych aktorów największą rolę ma Ewelina Wyrzykowska, która gra sąsiadkę głównej bohaterki. Ale w „Echu” pojawiają się także osoby, które gdzieś tam przemykają, z którymi poznaliśmy się głównie przy okazji produkcji „Powstań Wielkopolskich” – Mateusz Ziemichód, Piotr Mąka, Kamil Wronikowski, Dominika Wróbel, Filip Nykiel…

Mówiłeś, że zostawiasz sporo niedopowiedzeń, możliwości interpretacji. Interpretacje aktorów zaskakiwały cię?

Jest wiele furtek interpretacyjnych. Co komu siedzi w głowie, najbardziej wychodzi właśnie przy interpretacji. Podobało mi się, że każdy na swój sposób odczytuje ten scenariusz. Chyba nikt z obsady ani spośród osób, które go czytały, nie odczytał go tak, jak ja sobie przyjąłem za główną linię interpretacyjną. Pewnie przy samym efekcie finalnym te różnice interpretacyjne trochę zanikną, bo obraz dopowiada pewne rzeczy, których nie podsuwa tekst, ale zakładałem, że odbiorcy będą mieli możliwość dopowiedzenia znaczenia czy przesłania.

Trochę jak „Matrix”?

Kurczę, ten „Matrix” trochę chcący i trochę niechcący pojawia się przy rozmowach o tym filmie…

Też otwiera wiele możliwości interpretacyjnych…

Też. A – swoją drogą – jeden z bohaterów „Echa” nazywa się Wachowski… Na pewno stylistyka jest zupełnie inna, ale lubię, kiedy można powiedzieć parę zupełnie różnych rzeczy na ten sam temat. I nie chcę zakładać, że któraś z nich jest bardziej odpowiednia, a któraś mniej.

Tymon Tykwiński i Tomasz Janczar na planie filmu „Echo”. Fot. Zbigniew Komorowski
Tymon Tykwiński i Tomasz Janczar na planie filmu „Echo”. Fot. Zbigniew Komorowski

Możesz obrazić się o to pytanie, bo jest trochę z cyklu „co artysta miał na myśli”. Dlaczego czarno biały obraz?

Lubię czerń i biel. To trywialna odpowiedź, ale tak jest. Pewne rzeczy można ukryć, pewne rzeczy można dodać. Chodziło mi o stylistykę vintage, kino z lat pięćdziesiątych, sześćdziesiątych, takie neo-noir.

W czerni i bieli wszystko robi się bardziej spójne. Mamy scenariusz, który nie należy do najspójniejszych, więc zróbmy chociaż w miarę spójny obraz. Wspólnie z Tymonem Tykwińskim – operatorem kamery – ustaliliśmy, że czerń i biel będzie odpowiednia do naszych warunków. Z artystycznego punktu widzenia to była bardzo dobra decyzja. Zresztą, jeżeli chodzi o ostateczny kształt filmu, rola Tymona jest nie do przecenienia – bez jego determinacji i jakości zrealizowanych zdjęć „Echo” nie byłoby tym samym filmem.

Czas, w którym rozgrywa się akcja „Echa” jest jasno określony, czy jednak trochę rozmyty?

Nie jest jasno określony, ale mamy tu smartfon, autobus hybrydowy… To jest współczesność, ale nie precyzujemy roku.

Pytam o to, bo mimo tych współczesnych elementów, stroje bohaterów wydają mi się…

Są bardzo klasyczne. Piotr Czupryn przygotował świetne propozycje. Kwestie kostiumów bardzo mocno konsultowaliśmy przed zdjęciami i te zestawienia trzymają się klasyki. To są rzeczy, które się szybko nie zdezaktualizują. Na ekranie nie pojawiają się rzeczy, które są aktualnie modne, a za dwa lata wyjdą z mody i ktoś powie: „a, to było grane wtedy, kiedy była taka moda”. Staraliśmy się tego uniknąć.

Tomasz Janczar i Anna Bieżyńska. Fot. Zbigniew Komorowski
Tomasz Janczar i Anna Bieżyńska. Fot. Zbigniew Komorowski

Przy „Echu” pracowałeś w aż czterech rolach: scenarzysty, reżysera, producenta i kierownika produkcji. Ciężko je połączyć?

Momentami było bardzo ciężko. Na pewno więcej tego nie powtórzę. Nie polecam nikomu, a szczególnie debiutantom.

Nie spałeś?

Mało spałem. Schudłem parę kilogramów, ale to akurat dobrze.

A debiutujesz jako…

Scenarzysta i reżyser w produkcji fabularnej.

Był moment, w którym stwierdziłeś, że cię to przerasta?

Prawie każdy dzień mnie przerastał, bo dla debiutanta łączenie tych kluczowych funkcji oznacza bardzo mały komfort pracy. Mając na planie aktorów z doświadczeniem – nawet Ania Bieżyńska, filmowa Kinga, mimo że niedawno skończyła studia, ma już bogate doświadczenie teatralne i pełnometrażowy debiut za sobą – musiałem każdego dnia starać się nadrabiać pewne braki, które wynikają z tego, że jako TV Asta po prostu na co dzień nie robimy filmów fabularnych. W zasadzie „Echo” jest pierwszą fabułą w 25-letniej historii firmy.

Na planie filmu „Echo”. Na monitorze podglądowym – Patrycja Jankowska. Fot. Zbigniew Komorowski
Na planie filmu „Echo”. Na monitorze podglądowym – Patrycja Jankowska. Fot. Zbigniew Komorowski

Wiele osób, których nie widać na ekranie, pracowało przy „Echu”?

Wiele… Przede wszystkim Tymon Tykwiński – autor fenomenalnych czarnobiałych zdjęć. Monika Ostrowska, która odpowiadała za scenografię i Piotr Czupryn – odpowiedzialny za kostiumy. Dźwięk już kolejny raz realizował dla nas pochodzący z Piły Tomek Skonieczny. Muzykę skomponował i nagrał Przemek Zdunek z The Cuts. A poza nimi wiele osób, które na co dzień pracują w TV Asta. Film nie powstałby, gdyby nie Laura Gaborek, która stawała na rzęsach, kiedy coś szło nie tak. Gdyby nie ona, ten film raczej by nie powstał. Na planie z nami był też Zbyszek Komorowski, który robił fotosy i pomagał w trudniejszych kwestiach technicznych. Kamil Januszewski zgrywał i zabezpieczał materiały, żeby nic złego się z nimi nie stało, potem przez kilka miesięcy montował film. Z kolei Łukasz Januszewski pomagał przy świetle. Kilka dni na planie pracował też Kamil Kończewski, który pomagał Tymonowi przy pracy z kamerą. Większością spraw formalno-prawnych zajął się Paweł Różycki, znacznie mnie odciążając od prozy życia, a Paweł Kądziela był nieoceniony przy pozyskiwaniu finansowania, dzięki czemu ten film w ogóle powstał. Postprodukcja odbywała się w Łodzi, gdzie wspierali nas Bogdan Klat – odpowiedzialny za postprodukcję dźwięku i Edyta Sęk-Koniarska – za postprodukcję obrazu. Jak widać to była praca mocno zespołowa – filmu nie da się zrobić w pojedynkę.

Ale „Echa” w ogóle by nie było, gdyby nie sponsorzy, którzy wsparli nieszablonowy i jak na nasze warunki niecodzienny projekt. Tu szczególne podziękowania dla Miasta Piła – cieszę się z faktu, że „Echo” mogło powstać w moim rodzinnym mieście. Gdyby nie wsparcie prywatnych firm, nie dopięlibyśmy budżetu – olbrzymie słowa uznania dla senatora Henryka Stokłosy, którego spółki dołączyły do grona sponsorów. Produkcję wsparły również Grupa Mago, OSM Czarnków, Asta-Net, Sun Group a także firma Cellco ze Szczecina.

No i cała masa osób, firm i instytucji, które wsparły nas w czasie zdjęć. MOSiR Piła zabezpieczył nam zdjęcia na Płotkach. MZK zapewnił autobus hybrydowy, Szpital Specjalistyczny, w którym nagrywaliśmy przez dwa dni – i tu ogromne podziękowania dla pracowników za wyrozumiałość, Nadnotecki Instytut UAM, Onyx Business Point, KZ Nieruchomości, Inwest-Park, gdzie ekipa spała i Restauracja Gringo, która zapewniała catering.

Rafał Cieluch w roli kierownika Kingi. Fot. Zbigniew Komorowski
Rafał Cieluch w roli kierownika Kingi. Fot. Zbigniew Komorowski

Pomysły na kolejny film?

Pomysły są, ale to plany na dalszą przyszłość. Póki co, następny film będę tylko produkował. W zasadzie zaczęliśmy już prace…

Kiedy ruszą zdjęcia?

Lada moment – zaczniemy w pierwszym kwartale 2020 roku.

Akcja osadzona współcześnie? Historycznie?

TV Asta wraca do historii – tym razem będzie to II wojna światowa i walki o Wał Pomorski. Scenariusz napisał Paweł Różycki, zatem będzie spektakularnie.


Podoba Ci się Magazyn67? Polub na Facebooku:

Reklama