Krzysztof Rauhut. Fot. Marcin Maziarz
Krzysztof Rauhut. Fot. Marcin Maziarz
#RazemDamyRadęBiznesLudzie

Murarz od #MuremZa

To rozmowa trochę nie na temat, choć w stu procentach „przy okazji”. Studio K2 to pierwszy w Pile i w regionie laureat konkursu „Dobroczyńca Roku”. Ciężka (naprawdę – trzymałem w ręce) statuetka najważniejszego polskiego plebiscytu CSR od soboty jest już w Pile. Za co? Rozmowa z Krzysztofem Rauhutem nie tylko o społecznej odpowiedzialności biznesu, o biznesie w pandemii, o tym czy zamiast wydawać na pomoc, nie lepiej kupić nową maszynę i o tym, jak długo można nie spać. Tylko o samym plebiscycie prawie nic…

Krzysztof Rauhut. Fot. Marcin Maziarz
Krzysztof Rauhut. Fot. Marcin Maziarz

Dziś w nocy. Godzina 1.48. Na profilu Fundacji Pszczoła pojawia się zdjęcie, na którym jesteś między innymi ty, z podpisem „Robota skończona! Jeszcze 45 minut i będziemy w domu”. Rozmawiamy parę minut po dziewiątej, ty jesteś już po poniedziałkowej odprawie w firmie. Powiedz mi, na czym jedziesz? Tylko nie mów, że na witaminach z Rossmana.

Chyba adrenalina. I trochę też przyzwyczajenie. Wiesz, jednak prowadzenie firmy przez dwadzieścia lat, to nie raz i nie dwa spanie po dwie – trzy godziny dziennie. Ale…

Ostatnio mieliśmy fajne spotkanie z jednym z naszych klientów. Padło pytanie: kiedy jest pasja. Próbowałem ją zdefiniować i pamiętam taki fragment, że pasja jest wtedy, kiedy jesteś już tak styrany, że nie masz siły wstać, a nadal się cieszysz, że to się dzieje, że w ogóle doszło do tego, że jesteś styrany. Zmęczenie – i fizyczne, i psychiczne – jest potężne, ale masz z tego radość. I tak to wyglądało.

Fakt, faktem, pomyliliśmy się trochę, bo powrót zajął nam półtorej godziny. Szybki prysznic, a rano pobudka, śniadanie trochę w biegu, i do pracy. Tak trzeba, jak się lubi.

No dobra, ale jak długo tak się da?

Nie wiem. Mam wrażenie, że tak jest od dwudziestu lat z mniejszym lub większym natężeniem. Nie przeszkadza mi to, a wręcz odwrotnie – przynosi jakąś tam frajdę, satysfakcję zobaczenie styranej Bożeny (Woli, prezes Fundacji Pszczoła – przyp. aut.) śpiącej w samochodzie o trzeciej nad ranem, i ta świadomość, że śpi jeszcze mniej od ciebie, to… Gadam do siebie w myślach, że nie mogę się poddać.

Czujesz się lokalną gwiazdą społecznej odpowiedzialności biznesu?

Nie. W ogóle nie czuję się gwiazdą. Nie ma tu żadnej kokieterii, bo według niektórych wygląda to wręcz odwrotnie. Nawet ostatnio przeczytałem, że te wszystkie działania są związane z nadchodzącą kampanią wyborczą. Przy urnie mam jeden głos, i na pewno dobrze go wykorzystam, ale to wszystko, co ma związek z najbliższymi wyborami.

Nie, nie czuję się w żaden sposób gwiazdą. Gwiazdami są ludzie, którzy są w naszej grupie, bo to nie jest jedna, dwie, a nawet dziesięć osób. I doskonale znasz tych ludzi. Nie muszę ich wymieniać, bo wiem doskonale, że gdybyśmy teraz wzięli kartkę i długopis, to pewnie w osiemdziesięciu pięciu procentach wypisalibyśmy te same nazwiska.

Zacznijmy od tego, że nie robię tego dla fejmu, jak teraz mówią dzieciaki. To, że można zrobić coś pożytecznego – w krótkiej lub długiej perspektywie – jest fajne samo w sobie. W długiej perspektywie mówimy o świecie, i o zagrożeniu jakie czeka nas za dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści lat. To wcale nie jest daleko. Pierwszy raz chyba dochodzi do ludzi świadomość, że to jeszcze może wydarzyć się za życia naszego pokolenia, a na pewno za życia pokolenia naszych dzieci i wnuków. Więc to jest takie działanie prewencyjne na przyszłość. Ale w Fundacji Pszczoła robimy też wiele rzeczy bieżących.

To wytłumacz osobom, które niekoniecznie muszą znać tę historię: co to za grupa? Skąd się wzięła?

(cisza) Próbuję sobie przypomnieć skąd się wzięła. Mam wrażenie, że zawsze była.

Pamiętam, że jakiś rok temu – chyba gdzieś w okolicy drukowania przyłbic – powiedziałeś coś takiego, że jak popatrzysz kto w Pile organizuje akcje pomocowe i społeczne, to zawsze przewijają się te same nazwiska. Właśnie to masz na myśli?

Tak, właśnie to. Pamiętaj, że jest jeszcze druga grupa dobroczyńców, których nie wymieniamy, bo wręcz tego nie chcą. Są inne firmy, które często nam pomagają. Oczywiście jeżeli ktoś pogrzebie, zobaczy jakie logotypy pojawiły się na płytach #MuremZaKulturą, czy jakie logotypy pojawiają się na innych akcjach. I też – o dziwo – te nazwy bardzo często się powtarzają. A sama grupa tych osób…

Szczerze: nie pamiętam. Jeżeli enty raz spotykasz się z jedną, drugą, dziesiątą osobą, to wiesz, że nadają na tych samych falach co ty. I bardzo mnie cieszy, że w ostatnim czasie ta grupa bardzo rośnie. Czasami jesteśmy w szoku, bo ktoś pisze do nas na Facebooku: „chciałbym/chciałabym spotkać się, pomóc, napiszcie w jaki sposób”. I okazuje się, że ta osoba po jednej akcji zostaje z nami pół roku czy rok. I to jest wspaniałe.

Gdzieś między #MuremZaKulturą, #MuremZaGastro, Targiem Chryzantemowym, przyłbicami i jeszcze paroma innymi działaniami, pojawiła się akcja pomocy samotnej mamie, która została bez dachu nad głową. Tam pojawiły się osoby, których – mam wrażenie – nie było wcześniej przy innych akcjach.

To nie jest tak, że wszystko co dzieje się w Pile, jest związane z daną grupą osób. Tych grup jest więcej. Niektóre są bardziej nastawione na wolontariat, inne na ratowanie zwierząt, jeszcze inne na pomoc innym osobom, na zbiórki… Zobacz jaka wspaniała grupa osób podczas CoViDu pomagała przy wyprowadzaniu zwierząt domowych, przy zakupach, przy organizacji koncentratorów tlenu – mówię o grupie „Piła – walczy razem”, która robi to do dziś.

Zobacz jak pięknie działała grupa osób, gdy była zbiórka dla Filipa, czy inne akcje…

Jeszcze przed pandemią.

Dokładnie. I jak uderzyliśmy w mocno społeczne działania, odezwały się osoby, które już działały. To raczej my dołączyliśmy do grupy osób, która już jest. Trochę pomogliśmy, trochę skoordynowaliśmy działania, i udało się coś zrobić.

Natomiast jako firma staramy się wyciszać działania związane z pomocą społeczną. To nie są – moim zdaniem – tematy medialne. Tamto akurat wypłynęło, ale jeżeli gdzieś jest taka pomoc, staramy się, żeby była anonimowa, bo chodzi też o komfort dla drugiej strony.

Anna Szmytkowska. Fot. Marcin Maziarz
Anna Szmytkowska. Fot. Marcin Maziarz

Dobroczyńcą Roku zostałeś – w dużym skrócie – dzięki Ani Szmytkowskiej.

(śmiech) Tak, w dużej części. Zacznijmy od tego, że brat Ani, który pracuje w gastronomii, wymyślił nazwę #MuremZaGastro. Ania to jest osoba, która nie dość, że bierze bardzo aktywny udział w realizacji wszelakich pomysłów…

… to jeszcze pracuje w K2.

To jeszcze pracuje w K2, ale udziela się też zdecydowanie poza godzinami pracy – przede wszystkim wymyśla dużo rzeczy. Jest marketingowcem, ma fajne pomysły. I to też jest taka osoba, że jeżeli ustalisz z nią termin, to wiesz, że będzie zrobione na pewno.

Ale jak to było, że w ogóle znaleźliście się w plebiscycie Dobroczyńca Roku?

Wiesz, ja już jestem stary – rocznik 77 – i mam problemy z pamięcią. O tym, że w ogóle zostaliśmy zgłoszeni do plebiscytu, dowiedziałem się, jak przeszliśmy pierwszą selekcję i otrzymaliśmy nominację. To właśnie były działania Ani, która zebrała grupę przyjaciół z Piły i poprosiła ich o rekomendacje. W sumie – z tego co dziś wiem – nie musiała nawet prosić. Po prostu wysłała informację, że jest taki konkurs i odzew był spory. Z tej dość ciężkiej statuetki tak z osiemdziesiąt procent wagi, to zasługa Ani, że ktoś w Warszawie w ogóle się dowiedział, że w Pile coś się dzieje.

Wróćmy do początku tej rozmowy. Powiedziałeś, że w wyborach masz jeden głos, który wrzucisz do urny. To teraz poważnie: naprawdę nie kusi cię przekucie tego, co już się wydarzyło, na coś na gruncie samorządowym?

Wiesz co, ja już kiedyś zadeklarowałem, że jeżeli pójdę w politykę, to dopiero jak moje dzieci skończą studia. W tym miejscu pozdrawiam najmłodszą latorośl, która ma lat trzynaście, czyli jeszcze minimum dziesięć lat. Nigdy nie mówię „nigdy”, bo byłoby to niezgodne ze mną, natomiast nie, nie kusi mnie w tym momencie samorząd w formie jakiejkolwiek władzy. Natomiast bardzo kręci mnie coś innego: grupa pod roboczą nazwą Stowarzyszenie Obywatelskie, gdzie chcielibyśmy reprezentować mieszkańców Piły.

W Radzie Miasta?

Nie, nie formalnie w Radzie Miasta jako radni. Żadne wybory – mogę to od razu zdementować. Bardziej chodzi o działania oddolne, typowo społeczne. Chcemy wykorzystać prawa obywateli do konsultacji, do spotkań, do możliwości wyrażenia swojego zdania. Ale też zrobić panel ekspercki, gdzie moglibyśmy w imieniu mieszkańców wypowiadać się przy różnych inwestycjach, decyzjach związanych z edukacją, środowiskiem, lokalnym biznesem. Ale nie władza. Jeżeli pytasz o władzę, to nadal będę miał jeden głos przy urnie, i nadal pozwolę sobie powiedzieć, że to jest jedyne, co łączy mnie z polityką.

Ale w Radzie Miasta, czy przy Placu Staszica 10 przełożenie na miejską rzeczywistość byłoby pewnie łatwiejsze niż z pozycji eksperta czy konsultanta.

No tak, ale to trzeba chcieć. Robić coś na siłę – nie widzę sensu. Poza tym – teraz pewnie podpadnę kilku osobom – powtarzam, że kręgosłup ma się jeden, a widząc jak funkcjonuje polityka na różnych szczeblach, mam dysonans. Myślę, że nie raz miałbym problem, żeby postępować tak jakby oczekiwano, a byłoby to niezgodne z moimi przekonaniami. I to pewnie przeszkadzałoby mi w życiu.

To skoro nie samorząd i nie polityka, to co?

Obszarów jest kilka. Mamy Fundację Pszczoła, której chyba nie muszę przedstawiać. Jedyne co umyka w jej komunikacji to to, że głównym celem jest wybudowanie domu opieki dla osób starszych.

Za lat…

Pewnie za lat dziesięć. Musimy uzbierać niesamowite pieniądze, żeby w ogóle myśleć o otrzymaniu dotacji. Ten dom to jest główny cel, który ciągle mamy gdzieś z tyłu głowy, że zaraz będzie trzeba do niego usiąść i go realizować.

Działania typowo społeczne, które w tej chwili prowadzimy – myślę, że jest mi je wręcz łatwiej prowadzić z poziomu przedsiębiorcy niż jakiegokolwiek polityka niezależnie od szczebla. Pewnie mniej skutecznie, bo to trochę inny rodzaj pracy, ale… Chciałbym też, żeby z tego wszystkiego powstał taki mały poradnik, jak przedsiębiorcy mogą włączyć się w życie lokalne. CSR – społeczna odpowiedzialność biznesu – to nie jest robienie akcji pod publikę. To jest takie działanie, które pozwala oddać część tego, co się wyprodukowało, zbudowało, zarobiło, społeczeństwu. I ja to tak postrzegam. Od wielu lat jesteśmy z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy. Przekazujemy produkty, które potem w formie licytacji, konkursów i w innych formach pomnożyło się. W roku 2019 podliczyliśmy, że wyprodukowaliśmy gadżety o wartości około dwunastu tysięcy złotych. W licytacjach i zbiórkach zrobiło się z tego ponad sto tysięcy. Nie stać nas, żeby przekazać sto tysięcy złotych, ale możemy pomóc w zebraniu takiej kwoty. To nie są nasze pieniądze, ale bardzo się cieszymy, że one się znalazły i trafiły w dobre ręce. I tak chcielibyśmy działać. Gdyby więcej firm zaangażowało się nawet w najmniejszą pomoc – czy związaną z ekologią, czy z edukacją, czy w jakimkolwiek innym obszarze – myślę, że byłoby łatwiej nam wszystkim.

Ale po co? Czujesz, że jesteś coś winien – strzelam – ludziom tu mieszkającym, miastu, środowisku? Mógłbyś kupić za te pieniądze następną maszynę.

No i?

Krzysztof Rauhut. Fot. Marcin Maziarz
Krzysztof Rauhut. Fot. Marcin Maziarz

No i drukować więcej, szybciej, z wyższą rozdzielczością, na innych nośnikach…

Pewnie tak, ale… Nie wiem… Brak satysfakcji? To chyba pierwszy element. Ja lubię to co robię. To nie jest tak, że kalkuluję warto – nie warto. Po prostu lubię to co robię i czasami mam jedynie wyrzuty sumienia, że można by zrobić więcej, tylko – niestety – doba się skończyła, albo środki się skończyły. Rozwijanie firmy nie musi iść klasycznie tak jak uczono na lekcjach ekonomii, gdzie winien i ma to są najważniejsze wskaźniki. Można to robić organicznie. Nie ukrywam, że od dwóch – trzech lat mogę poświęcić więcej czasu na działania pozafirmowe, ale to tylko dlatego, że mam ludzi, którym bardzo ufam, i wiem, że bardzo angażują się w pracę. Wspomnieliśmy Anię, ale tak naprawdę to jest osiemnastoosobowy zespół, który nieraz po godzinach taszczy meble po schodach albo rozstawia gdzieś namioty, albo przewozi deski na ogrodzenie, albo pracuje nawet po godzinach pracy w domu przygotowując materiały na następny dzień. To właśnie jest fajne, że mogę w każdym momencie powiedzieć „słuchajcie, muszę zniknąć na dwie – trzy – cztery godziny, bo pszczoły, bo Klub Piłkarski, bo boule, bo jakaś akcja pomocowa, bo cokolwiek innego” i nie ma reakcji „znowu sobie jedzie, a my zostajemy ze wszystkim”. Najczęściej słyszę „w cholerę, idź już sobie szybciej”. Sarkazm w naszej wewnętrznej komunikacji odgrywa sporą rolę. „I najlepiej już nie wracaj, damy sobie radę, przynajmniej będzie spokojniej”. I myślę, że jest w tym dużo prawdy… Przeczytają to… Zresztą wiedzą.

Skoro jesteśmy przy zespole… Rok covidowy bardzo się na was odbił?

Był chyba najtrudniejszy od dwudziestu lat, odkąd prowadzę działalność gospodarczą. To nie są tylko liczby. Zaliczyliśmy trzydziestoprocentowy spadek w sprzedaży w skali roku. To jest liczba, ale pamiętaj, że oceniamy to z perspektywy roku, a w marcu czy kwietniu ubiegłego roku nikt nie wiedział co będzie jutro czy za tydzień. Podjęliśmy z małżonką decyzję, że w naszych firmach nie robimy cięć związanych z zatrudnieniem. Bardzo fajnie zachował się mój zespół, zresztą u Honoraty – również. Podjęliśmy decyzję, że płyniemy na jednym okręcie i albo przetrwamy, albo zatoniemy wszyscy. Burza się jeszcze nie skończyła, ale powoli cerujemy podarte żagle i zaczynamy przyspieszać. W porównaniu z marcem ubiegłego roku zwiększyliśmy zatrudnienie o jedną osobę.

No dobra, ale dlaczego w czasie, kiedy nie wiadomo co będzie jutro, z tyłu głowy jest strach czy firma przetrwa do końca roku, oboje macie rodzinę na utrzymaniu i – jak nakazywałaby logika – powinniście w pierwszej kolejności zabezpieczać byt własnych dzieci, podjęliście decyzję o wydawaniu pieniędzy na druk przyłbic, na billboardy dla gastro, na inne działania?

Trochę smutne jest to, że to pytanie w ogóle pada. Pamiętajmy, że zawsze wokół nas są osoby, które mają gorzej. To trochę taka nasza narodowa cecha. Mało kto zdaje sobie sprawę, że żyjemy – zależy według którego standardu liczenia – w pierwszych piętnastu procentach najbogatszych państw na świecie. Ale cały czas marudzimy, że jesteśmy biedniejsi niż nasi zachodni czy północni sąsiedzi. Ale osiemdziesiąt pięć procent państwa na świecie ma gorzej niż my. Nie ma u nas wojny, walki o żywność, o wodę. Tak naprawdę każdy kto chce, może się zaszczepić – dziś rano w radiu słyszałem, że w Afryce są państwa, w których nie podano jeszcze ani jednej szczepionki.

Tak samo jest lokalnie. Można powiedzieć, że sąsiad z lewej lub z prawej ma dużo lepiej. I to lubimy mówić: on ma nowego Mercedesa i skąd wziął na to pieniążki. Ale nie widzimy tego, że mamy lepiej niż inne osoby.

Poza tym – z perspektywy roku – odpowiedź na pytanie skąd w ogóle pomysł. Dzisiaj myślę, że to była też trochę terapia dla załogi. Oni widzieli, że jest zajęcie, że nie stoimy w miejscu, że coś się dzieje…

Bo to był czas, w którym straciliście nagle zlecenia…

Marzec i kwiecień to jest minus osiemdziesiąt – dziewięćdziesiąt procent. Jak idzie kryzys, firmy w pierwszej kolejności obcinają reklamę. Poza tym po co reklama, jak nie wiemy czy za dwa miesiące będzie firma.

Tu też pomogły nam dwa podmioty: Mini-Max, czyli SzybkiKoszyk.pl, oraz Prima. Na szczęście oni trzymali się lepiej, bo ludzie kupowali przez internet, i część naszych pracowników pracowała u nich, za co serdecznie dziękuję. To, że były przyłbice, i że była praca w innych firmach, sprawiło, że było mniej czasu na myślenie „co będzie jak się nie uda”. Te pierwsze dwa – trzy miesiące przetrwaliśmy. Potem zaczęły się pomoce rządowe, firmy też zaczęły odważniej robić zamówienia, więc było już trochę łatwiej. Ale te przyłbice – podkreślę: z perspektywy czasu – dały nam dużo, bo każdy wiedział, że trzeba usiąść, poszlifować, wyciąć, dociąć, założyć gumkę, spakować, zawieźć. Niesamowita euforia, jak ktoś zadzwonił „potrzebujemy pięćdziesiąt przyłbic”. To była radość. Bo to żadna tajemnica: część przyłbic przekazaliśmy bezpłatnie w ramach pomocy, część sprzedawaliśmy, bo to była też forma ratowania choćby budżetu wynagrodzeń. Więc jak pracownicy cieszyli się, że „jeszcze stówa, zdążymy do końca dnia”, było widać, że bardzo im zależało i że nie jest tak jak w firmach, które zostały zamknięte na cztery spusty. Nie zamknęliśmy się na ani jeden dzień.

Był taki dzień, w którym odetchnąłeś z ulgą, bo zobaczyłeś, że przetrwacie?

Wiesz co, wydawało się, że tak było pod koniec ubiegłego roku. Gdzieś we wrześniu – październiku. To też żadna tajemnica, że dla naszej branży końcówka roku to takie małe żniwa. Dotrwaliśmy do tego czasu.

Ale po kolei: pierwsze, to chyba maj, czyli uruchomienie Tarczy. Jaka by nie była, z różnymi historiami, to rzeczywiście był pierwszy moment, kiedy uwierzyliśmy że jesteśmy w stanie przetrwać. Drugi, to była ta końcówka roku. Duże zwątpienie przyszło na początku tego roku, bo cała branża – nie tylko my – zaliczyła niezłe tąpnięcie. I tak naprawdę do teraz się zastanawiamy, czy firmy firmy tak mocno się wykartkowały na koniec 2020… Nie wiemy dlaczego, ale naprawdę marazm. Do tego przedłużająca się zima, więc nie było możliwości zrobienia uzgodnionych wcześniej montaży w reklamie zewnętrznej. Ale teraz wierzymy, że się uda. Nie jest lekko, ale idziemy w dobrym kierunku. Kurs jest dobry, teraz tylko dopłynąć do dobrego portu.


Rozmowa miała miejsce w poniedziałek, 31 maja 2021 r.

Marcin Maziarz
Wydawca Magazynu67. Zakochany w regionie nad Gwdą i Notecią oraz w Pojezierzu Wałeckim. Ceniący i chętnie odwiedzający krainy nieco dalsze: Pojezierza: Drawskie i Szczecineckie, Kaszuby i wybrzeże Bałtyku ze szczególną atencją dla Półwyspu Helskiego i Zatoki Puckiej. Uzależniony od poszukiwania miejsc, w których jeszcze go nie było, od słuchania ludzi, którzy mają coś do powiedzenia i od spisywania historii, które mają sens. Do tej listy rodzina dodałaby jeszcze „weź, nie rób już tylu zdjęć”. Od czasu do czasu pokazuje się w TV Asta. Prywatnie tata dwóch synów i niemąż jednej nieżony.