Jan Lus. Fot. Marcin Maziarz
Jan Lus. Fot. Marcin Maziarz
Ludzie

Księgarz walczący

Jan Lus długo próbował godzić prowadzenie księgarni z nauczaniem fizyki. Dziś mówi o sobie, że jest byłym fizykiem, za to księgarzem został na więcej niż pełny etat. Czuje misję i dlatego nietypowymi metodami walczy nie tylko o czytelnika, ale także o czytelnictwo. Pod szyldem Buuki łączy niezależnych księgarzy w całej Polsce.

Rozmowa z Janem Lusem miała miejsce 22 listopada 2017 roku. Została opublikowana w drugim numerze Magazynu67 (kwiecień – maj 2018).

Jan Lus. Fot. Marcin Maziarz
Jan Lus. Fot. Marcin Maziarz

Bez zmiany nie potrafi pan długo wytrzymać?

To była konieczność. Musimy nadążyć za ruchem klientów. I – przede wszystkim – tworzyć nową jakość.

Na czym polega ta nowa jakość? Jaka myśl stoi za Buuki?

Zgodnie z dialektyką: ilość przechodzi w jakość. Jeśli chodzi o Buuki, jest to nazwa platformy łączącej księgarnie niezależne w jeden system dający inną skalę przedsięwzięcia.

To ile takich księgarni jest w tej chwili?

W tej chwili ponad trzydzieści. Przystąpienie kolejnych księgarni to nie tylko kwestia wyrażenia chęci, ale także sprzęgnięcia systemów informatycznych. Platforma w tej chwili ma ponad trzysta trzydzieści tysięcy pozycji. Natomiast ich dostępność to to, czy ja mam je w księgarni, czy ma je kolega. Każda księgarnia różni się od pozostałych tym w jakim środowisku działa. Może być na przykład bardziej techniczna, może mieć więcej literatury pięknej, wierszy. U nas są dostępne lokalne wydawnictwa, których nie ma na przykład w Poznaniu. Nie zapewni tego żadna sieć, która jest nastawiona na szybki obrót, na najlepiej sprzedające się hity. My musimy działać w lokalnym środowisku, zapewniać te smaczki, które są potrzebne mieszkańcom. A po drugie – żeby mieszkańcy mogli korzystać z lokalnej kultury. I tu również – jeżeli popatrzy pan na tę powierzchnię – ktoś powie, że jest pusto. Celowo, bo nie ma żadnego problemu, żeby na jutro ściągnąć dowolną książkę, jaka jest dostępna w Polsce. Gdyby wstawić jeszcze trzy razy tyle regałów, to obijalibyśmy się o nie, a i tak nie byłoby wszystkiego. Zamiast tego mamy stoliki, miejsce spotkań, klienci mogą porozmawiać, obejrzeć książkę. Chodzi o to, żeby w tej placówce rozpowszechniać kulturę.

Można przyjść na dłużej, przeczytać rozdział książki?

Nigdy, nawet jeżeli mieliśmy znacznie mniejsze powierzchnie, tak jak w księgarni w centrum, nie zabranialiśmy klientowi zajrzeć do środka. Tak samo dzisiaj, tyle że stwarzamy lepsze warunki. Zależy nam na tym, żeby ktoś kto przegląda książkę, nie zniszczył jej. Bo co innego, kiedy stoję w mokrym płaszczu, nie mam przestrzeni, a co innego kiedy mogę usiąść, spokojnie przerzucać kartki, nawet porozmawiać z kimś czy to dobra treść. Mamy jeszcze inną akcję: kup, przeczytaj, wymień na nową. Można kupioną u nas książkę oddać. Umożliwiamy wtedy zakup nowej książki z rabatem do pięćdziesięciu procent. Zwróconą książkę wyceniamy poniżej połowy jej wartości, tak żeby ktoś kogo nie stać na nową, również mógł kupić świeży tytuł. Warunkiem oddania książki jest paragon. Zależy nam na tym, bo wtedy ta książka, która ciągle jest nowa, trafia do czytelnika, którego nie stać na wydatek na przykład czterdziestu złotych, ale na dwadzieścia – już tak. A jeżeli również ta osoba odda książkę, jej cenę znowu obniżymy o połowę, i kolejny klient kupi ją za jedną czwartą ceny okładkowej. Chcemy zwiększyć czytelnictwo, chociaż naszym celem, jako przedsiębiorstwa, oczywiście jest zwiększenie sprzedaży.

I to pana pomysł?

Wszyscy zarzucają mi, że jestem stary, ale – jak pan widzi – to nie zależy od wieku metrykalnego, a od chęci przystosowania się do zmian i chyba od aktywności mózgu. Czasami człowiek musi coś zmieniać nie dlatego, że by chciał, a dlatego, że otoczenie naciska. Pytanie: czy się do tego dostosujemy, czy biegniemy za kimś. Inaczej mówiąc: wprowadzamy coś, czego w kraju nie ma. Ma to służyć zwiększeniu czytelnictwa, nie zagrażając finansom przedsiębiorstwa. To żadna sztuka dać duży rabat, a potem okazuje się, że trzeba zwijać firmę.

Księgarnia Buuki, Piła, Atrium Kasztanowa. Fot. Marcin Maziarz
Księgarnia Buuki, Piła, Atrium Kasztanowa. Fot. Marcin Maziarz

To jeszcze raz to samo pytanie: to pana pomysł?

Wszystko co tu jest, razem z nazwą, to mój pomysł. Czasem trzeba ciągnąć wóz wbrew całemu otoczeniu. Jest to niezbędne, żeby księgarnie funkcjonowały w kulturze miasta. Wiemy, że klient jest nastawiony na sieci, na galerie. Skorzystaliśmy z szansy, bo na pewno więcej ludzi przechodzi przez galerie, niż przez centralne ulice. Przykro, że tak jest, ale tak jest.

Późno otworzył pan księgarnię pod swoją autorską marką.

Późno. Ale w tym jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz. Szczerze mówiąc jest to akt – może nie rozpaczy ani odwagi, ale pewnej determinacji, żeby coś zmienić. Żeby ludzie nie mówili, że książka jest droga i żeby każda książka, która jest dostępna w Polsce, była dostępna w rozsądnym czasie dla klienta. Natomiast – wie pan – jeżeli ma się wygodną kanapę, trudno się z niej ruszyć, bo nie wiadomo, czy następna będzie lepsza.

Pan taką wygodną kanapę ma?

Człowiek się już przyzwyczaił, że co ma, to ma, nie chce się narażać na nowe wyzwania, bo to zawsze nowe zagrożenia. To, że ja chciałem, to nic. To, że moja szefowa zdecydowała się chcieć – to jest najważniejsze, bo ja mogę sobie chcieć.

Szefowa, czyli żona czy córka?

Nie jestem za biznesem rodzinnym, jeżeli nie jest to niezbędne. Uważam, że najlepiej jak ma się ludzi, którzy mają pomysł i takich ludzi tu mamy. A moja szefowa jest moją żoną – tak to powiem.

To cofnijmy się ponad dwadzieścia lat. Jak to się stało, że doktor fizyki został księgarzem?

Czy ja mam państwa zanudzać? To są prywatne sprawy. Co mogę powiedzieć? Dla ludzi czytających książki, korzystających z naszej oferty, nie jest tajemnicą, że żona ciężko zachorowała. Tuż po otwarciu księgarni w roku 1990 – to była jedna z pierwszych prywatyzowanych firm w Pile – sytuacja była taka, że trzeba było zapewnić płynność finansową, bo przecież nikt z nas w latach siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych nie miał uzbieranego kapitału na jakąkolwiek działalność. Wtedy – przypominam – inflacja wynosiła osiemdziesiąt procent miesięcznie, więc trzeba było zapewnić szybki obrót towaru. Żona – jeszcze jako młoda kobieta – zapadła na nieuleczalną chorobę. No i trzeba było poświęcić jakieś tam ambicje. Pracowałem jeszcze długo – byłem na dwóch międzynarodowych konferencjach, pracowałem z Uniwersytetem Adama Mickiewicza w Instytucie Fizyki, byłem adiunktem w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej, wcześniej byłem pracownikiem cywilnym Wyższej Oficerskiej Szkoły Samochodowej. Trzeba było ten wózek ciągnąć. Pięć lat żony nie było, ale to były inne czasy. Książka była wtedy bardzo poszukiwana, nie było firm sieciowych, i właściwie wszystko co się przywiozło, znajdowało nabywcę. I dzięki temu przetrwałem, bo specjalnie się na tym nie znałem. Żona szczęśliwie wróciła do zdrowia i dzisiaj ona zarządza. A potem jeszcze prowadziłem zajęcia w Liceum Ogólnokształcącym, ale jako nauczyciel dochodzący. Miło mi wspomnieć moich uczniów, bo jeden z nich jest na przykład profesorem fizyki teoretycznej w Poznaniu. Ale trzeba było zajmować się firmą, ona wymagała coraz większej ilości czasu i później – powiedzmy sobie szczerze – mięśnie niećwiczone mdleją. Mózg też musi ćwiczyć, a przy dzisiejszej ilości informacji, żeby być dobrym w fizyce, trzeba po prostu być fizykiem. Przestałem pracować i dzisiaj mogę powiedzieć, że byłem fizykiem.

Nie tęskni pan?

Jak się spotykamy regularnie z kolegami i koleżankami z roku, zresztą wśród nich jest chyba dwudziestu profesorów, pracujących przy najnowocześniejszych technologiach, to czasem człowiek myśli „a może też by mi się udało”. Tego nie wiadomo, bo oprócz zdolności trzeba włożyć olbrzymią pracę, i trzeba trafić na temat na tyle nośny, że można coś osiągnąć.

Księgarnia Buuki, Piła, Atrium Kasztanowa. Fot. Marcin Maziarz
Księgarnia Buuki, Piła, Atrium Kasztanowa. Fot. Marcin Maziarz

Jak to się stało, że wybór padł na książki?

To nie był mój wybór. Myślałem o karierze naukowej. Ale rozwiązano Wyższą Oficerską Szkołę Samochodową, a nie chciałem podjąć pracy w szkole średniej – to był mój świadomy wybór. Ale, niestety, sytuacja rodzinna mnie zmusiła – musiałem pomóc żonie. Natomiast wybór był żony – żona była związana z książką już od czasów studenckich, kiedy książki rozprowadzała w akademiku, jako taki przedstawiciel Domu Książki. Pracowała właściwie od drugiego roku studiów i kończąc filozofię, była do tego przygotowana. I kiedy nastał czas zmian, i zaproponowano jej… W „Ojcu Chrzestnym” nazywa się to „propozycja nie do odrzucenia”. Ona tej propozycji nie odrzuciła, a ja – gdyby inaczej potoczyły się nasze losy prywatne – być może byłbym dziś zgorzkniałym naukowcem, a może naukowcem z sukcesami – tego nie wiem. Na pewno dziś jestem człowiekiem, który pracuje w branży książki. Może nie jestem ekspertem od książki, ale organizacyjnie i – że tak powiem – kreatywnie, jestem szefem sekcji dystrybucji treści w Polskiej Izbie Książki, wcześniej byłem prezesem Izby Księgarstwa Polskiego, czyli w jakimś sensie – tak myślę – środowisko ceni te pomysły. Stąd właśnie w sieci Buuki mamy szansę mieć około 150 poważnych księgarni. Do Buuki należy również największa polska księgarnia indywidualna – Główna Księgarnia Naukowa z Krakowa. Oczywiście księgozbiory dostępne na regałach to nie są – tak jak biblioteczne – księgozbiory stabilne. Rotacja jest bardzo szybka. Najczęściej książka jest na półce cztery miesiące, później jest przesuwana do wydawcy, albo jest całkowicie sprzedana. Dlatego projekt Buuki wiąże nie tylko nas – księgarzy, ale przede wszystkim wydawców. Bo może być tak, że ja nie mam książki, ale wydawca ma ją na półce. Ten projekt pozwala widzieć, że książka jest ciągle dostępna. Mogę nie mieć jej ja, może nie mieć wydawca, ale może być w księgarni – na przykład – w Zamościu. Księgarz w Zamościu nie może jej sprzedać, ale my wiemy, że książka jest dostępna i klient może ją dostać. Zależy nam, żeby każda księgarnia – włącznie z Empikami i upadłym Matrasem – udostępniła bazy dla dobra czytelników. Ja mogę nie mieć danej pozycji, ale może mieć ją Empik. Im bardziej system będzie otwarty, zapewni nam równą konkurencję.

Jana Lusa w roli zgorzkniałego naukowca nie potrafię sobie wyobrazić. Pan potrafi?

Miałbym wiele innych powodów, niż naukowe, żeby zgorzknieć, ale jestem takim olimpijczykiem: liczy się uczestnictwo. Zwycięstwo również, ale najważniejszym celem olimpijczyka jest uczestniczenie. Myślę, że mogę nie uzyskać sukcesu, ale jeżeli myśl, która daje dobre rozwiązanie, zostanie zastosowana przez kogoś innego, to też jest sukces.

Wróćmy do biznesu. Jesteście w stanie współpracować z Empikiem? Z księgarniami sieciowymi?

Oczywiście. Konkurujemy, ale konkurujemy na bardzo nierównych warunkach. Przychodzi klient, mówi jaką chce książkę. Widzę, że ta książka jest, ale na przykład trzy tygodnie wcześniej ma ją tylko Empik. Chcemy tylko równych szans. Czym możemy konkurować? Tym, że pani, która będzie obsługiwała w naszej księgarni, będzie lepiej przygotowana niż pani w Empiku. Tym, że jesteśmy w centrum miasta – Buuki będą również tam – i nie trzeba iść specjalnie do galerii, bo jak się wejdzie do galerii, trzeba poświęcić dużo czasu. Nie wszyscy to lubią.

W Pile nie trzeba. Buuki są przy samym wejściu.

Tak. I na dodatek jest to duże osiedle, więc praktycznie jest to także księgarnia osiedlowa. Ale liczymy na to, że skoro przyjeżdżają tu też osoby z terenu dawnego województwa pilskiego, to w ten sposób możemy też obsłużyć klientów spoza Piły.

Księgarnia Buuki, Piła, Atrium Kasztanowa. Fot. Marcin Maziarz
Księgarnia Buuki, Piła, Atrium Kasztanowa. Fot. Marcin Maziarz

Ile książek czyta pan w ciągu roku?

Różnie. Żebyśmy nie myśleli, że czytam dlatego, że moim zadaniem jest sprzedawanie, ale plus minus dziesięć. Są czytelnicy, którzy czytają jedną na tydzień, więc nie należę do topu. Mamy w okolicy głośne nazwiska ze świata polityki i biznesu, które kupowały u nas, żeby stworzyć bibliotekę.

Co pan czyta najchętniej?

Lubię literaturę historyczną, popularnonaukową. Jest taka książka, którą napisał Kip Thorne, konsultant naukowy filmu „Interstellar”, w której opisuje naukową wizję tego co wiemy o przestrzeni międzygwiezdnej. Okazało się, że w 2017 został noblistą w dziedzinie fizyki. Literatura historyczna – chociażby ostatnio Cherezińska, czy Iggulden – stara książka „Imperator”, trzy tomy o Cezarze. Czekam na kolejną książkę George’a Martina. Nigdy nie czytałem fantastyki, ale „Gra o tron” mnie wciągnęła – jest tam specyficzny język. Bardzo podobny język zastosowała Elżbieta Cherezińska, zresztą pochodząca z Piły.

„Grę o Tron” ogląda pan?

Dostałem od kogoś pierwszy odcinek. Nie lubiłem fantastyki, ale obejrzałem i potem przeczytałem wszystkie. Tylko – tu uwaga dla rodziców – obraz daje nam gotową wizję i mózg nie tyle rozwija się, co przyswaja. Czytając, długo miałem wyobrażenie postaci takie, jak zobaczyłem na ekranie. To nie jest najlepsze, bo byłem ograniczony wizją tych postaci.

To proszę sprzedać ciekawostkę. Największy księgozbiór jaki pan stworzył jednorazowo…

Przeciętny zakup to było około tysiąca złotych. Około dwudziestu – trzydziestu książek. I to było dość regularnie przez wiele lat.

I to była jedna osoba?

Tak, jedna osoba. Ale są też osoby, które przychodzą regularnie raz w tygodniu, raz na dwa tygodnie, i zostawiają dwieście – trzysta złotych.

A własny księgozbiór?

Ja wiem? Tak patrzę na półki w dwóch pokojach. Z pięć tysięcy? Co najmniej drugie tyle rozdaliśmy do bibliotek, które kupowały u nas.

Księgarnia Buuki, Piła, Atrium Kasztanowa. Fot. Marcin Maziarz
Księgarnia Buuki, Piła, Atrium Kasztanowa. Fot. Marcin Maziarz

Bolało serce, kiedy musiał pan zmniejszać powierzchnię Domu Książki?

Toś mnie pan uderzył. Niestety, ekonomia jest taka, że człowiek zaczyna odcinać organy nieużyteczne, których brak nie zagraża życiu. Rzeczywiście, szukając możliwości przeżycia, musieliśmy ograniczać powierzchnię, ale doszliśmy do miejsca, w którym nic więcej nie możemy zrobić. Musieliśmy zareagować na pozbawienie nas około czterdziestu procent obrotu, jaki stanowiły podręczniki. Może trzydziestu, ale to istotne, bo ludzie zachodzili do księgarni. Zmieniła się struktura komunikacyjna Piły i właściwie jesteśmy w miejscu, gdzie ludzie mają kłopot z dotarciem. Pozostawienie większej powierzchni sprawiłoby, że koszty byłyby wyższe niż przychody i musielibyśmy upaść. Zobaczymy, może miasto coś zrobi, bo na przykład jestem umówiony z władzami miasta na rolę jaką księgarnia ma spełniać w mieście. Oczywiście, można powiedzieć, że jest Empik, jest księgarnia w Kasztanowej, jest księgarnia w IBI. Po co w takim razie księgarnia w mieście? Ona musi być, bo nie wszyscy pójdą do galerii. W Krakowie na przykład Główna Księgarnia Naukowa jest w jakimś sensie wspomagana przez samorząd.

Jak to działa na świecie?

Różnie. Na przykład we Francji niezależne księgarnie są dotowane. Ja kontaktowałem się z Zamościem, z Gorzowem, ze Słupskiem, i tam biblioteki szkolne kupują w księgarniach. Ale są takie miasta, gdzie biblioteka przychodzi do księgarni wtedy, jak już nigdzie nie może znaleźć tego czego szuka. A są takie miasta, w których biblioteki omijają lokalnych księgarzy. Szczerze mówiąc, do nas przychodzi więcej bibliotek z terenu niż lokalnych. To być może skutek tego, że biblioteki robią przetargi, ale przetarg na książki nie jest konieczny. I nie chodzi o to, żeby kupić drożej, bo rynek jest przejrzysty. Jeżeli ktoś oferuje książkę w niższej cenie, pytanie jest takie: przychodzę do pana, mamy łatwy kontakt, szybciej możemy się komunikować, szybciej ściągać nowości, ale czy ta cena nie będzie rażąco odbiegała? Bo to są pieniądze publiczne i trzeba nimi dobrze gospodarować, ale jeżeli księgarz spełni ten warunek, to dlaczego kupować na zewnątrz? Kontakt z biblioteką jest również dla nas bardzo ważny, bo dowiadujemy się co jest poszukiwane.

Państwa następcy kwapią się do przejęcia biznesu księgarskiego?

Nawet o tym nie marzę. Jeżeli będziemy mieli pracowników, to oni będą tę firmę prowadzili lepiej niż nasze dzieci. One znalazły swoją drogę.