Wyprawa naukowa Nadnoteckiego Instytutu UAM w Pile na Spitsbergen. Fot. Uczestnicy wyprawy
Wyprawa naukowa Nadnoteckiego Instytutu UAM w Pile na Spitsbergen. Fot. Uczestnicy wyprawy
360°FotoPodróże

Misja: Spitsbergen

102views

Kiedy przez całą dobę trwa dzień, organizm głupieje. Nurkowanie o drugiej w nocy, wycieczki na ląd o piątej rano i wyczerpanie po kilku dniach wymuszania niemal ciągłej aktywności… Bliskiego spotkania z niedźwiedziem polarnym lepiej nie ryzykować, a na lądzie długa broń i rakietnica hukowa to obowiązkowe wyposażenie. O tym jak wyglądała pierwsza pilska wyprawa naukowa za koło podbiegunowe, jak radzi sobie organizm w czasie dnia polarnego, jak szybko – w wyniku globalnego ocieplenia – deaktualizują się mapy i dlaczego na wyspie pod norweską administracją Rosjanie utrzymują kopalnię, w której miesięcznie wydobywają tonę węgla, opowiedzieli Paweł Owsianny, Grzegorz Marciniak i Krzysztof Trawiński.

Rozmowa ukazła się w czwartym numerze Magazynu67 (sierpień – wrzesień 2018).

Już Ci się podoba? Polub Magazyn67 na Facebooku. 😉

Za ciepło wam chyba teraz?

Paweł Owsianny: Pierwsze zdziwienie to drzewa. Że są. Wierzba polarna ma w porywach pięć centymetrów. Jak całą wyciągniesz z mchu to ma pięć, a wystaje ponad mech centymetr do półtora.
Krzysztof Trawiński: A drugie zdziwienie to dwudziesta trzecia i wreszcie noc.
Grzegorz Marciniak: Strasznie brakuje tam nocy.
PO: Trzecie zdziwienie to poranna wizyta w toalecie i panika co zrobić z papierem. Bo na jachcie nie wyrzuca się do toalety…
KT: Konsternacja. Papier w rękach… Aha, tutaj już mogę do toalety.

A co się na jachcie robi z papierem?

PO: Wrzuca się do worka.
GM: Wszystkie kosze na śmieci na Spitsbergenie to są kontenery na ciężarówki. Wszystko jedzie do portu i wypływa statkami.

Na Spitsbergenie nie ma składowiska śmieci?

GM: Nie ma.

Czyli można powiedzieć: czysty region.

GM: Jeden rosyjski komin dymi tak, że…

Co to za komin?

GM: To jest komin kotłowni przy prawie nieczynnej kopalni węgla. Ale prawie robi wielką różnicę. Jeden szyb kopalni się spalił, użytkują drugi. I żeby Rosjan stamtąd nie wyrzucili, to wydobywają tonę węgla miesięcznie i udają, że kopalnia jest czynna. Dzięki temu mają prawo do tego terenu, który zasiedlają cały czas.

Mimo że jest to terytorium Norwegii?

GM: To jest terytorium pod zarządem gubernatora Norwegii, ale od stu lat dwadzieścia państw wspólnie zasiedla Spitsbergen. Ale formalnie to gubernator Norwegii zarządza tym terenem.

Jak wyglądała logistyka wyprawy?

GM: Parę tysięcy kilometrów samolotem i samochodem, a potem…

A pakowanie?

GM: Limit pięćdziesiąt kilogramów na osobę. To było wyzwanie, bo uwzględniając Pawła wszystkie mikroskopy i inne rzeczy, i sprzęt nurkowy, limitu zostało niewiele, a żeby tych dwanaście dni jeść…

I nie prać…

GM: To już mniejszy problem…
KT: Mniej się pocić…
GM: Staraliśmy się zabrać odpowiednią ilość jedzenia stąd, chociaż w samej stolicy Spitsbergenu zrobiliśmy zakupy owocowo-warzywno-napojowe. I – o dziwo – nie jest tak strasznie drogo. Wiadomo, że dowiezienie tam wszystkiego kosztuje, ale to jest obszar bezcłowy, w związku z tym – po norwesku – trochę drogo.

Czyli drożej niż w Oslo?

KT: Niż w Oslo na lotnisku, to może nie, ale…

Czyli butelka coli – w przeliczeniu – pięćdziesiąt złotych?

GM: Mieli jakąś tańszą, która miała same E w składzie i nie nadawała się do picia. Leżała przez cały rejs i nie było odważnych.
PO: Pani kapitan mówiła, żeby jej nie kupować, bo nie daje się wypić. Nie wierzyliśmy i kupiliśmy jedną. Nie dało się.
KT: Dezynfekowała toaletę.

Przylecieliście do Longyearbyen i co?

GM: Wychodzisz na pole namiotowe, które jest przed lotniskiem. Nie wiem czy to to, że niedawno niedźwiedź zjadł jedną osobę, a drugą pociął pazurami, spowodowało, że zainteresowanie było średnie.
PO: Ale kusiło nas, żeby w drodze powrotnej jedną noc na tym polu spędzić.
KT: Tak, kusiło ich. Nawet podjąłem się porządkowania jachtu, bo nie kusiło mnie już nawet chodzenie. Limit chodzenia wyczerpałem.

Czyli dużo chodziliście?

GM: Przez to, że nie było nocy.
PO: Przede wszystkim mieliśmy wspaniałą panią kapitan, która spała, kiedy my byliśmy na lądzie. Starała się wtedy zdrzemnąć. Chociaż w wielu momentach była z nami. Nie wiem ile spała na dobę. Może dwie, trzy godziny.
GM: Kiedy schodziliśmy na ląd, mówiliśmy, że na pół godziny, wracaliśmy po dwóch – trzech.
KT: Przyzwyczajała się, że u nas pół godziny to są dwie godziny drzemki. Mieliśmy doskonałą załogę. Była Ewelina Jakubowicz – trudno sobie wyobrazić bardziej kompetentną osobę, jeśli chodzi o wszechstronność i znajomość tematów morskich. A ja byłem pod wrażeniem wymiany i obsługi sprzętu czy elementów silnika, kompresora, wentylatorów, filtrów. Ona to ma w małym palcu.
GM: Na Morzu Arktycznym człowiek jest zdany sam na siebie. Kiedy coś się psuje, na wszystko na statku muszą być części zamienne. Jak próbowaliśmy wymienić kabel dwużyłowy, poszliśmy do jedynego sklepu w stolicy. Mówimy, że chcemy dwużyłowy, mówią, że mają tylko trzyżyłowy, podają jakąś astronomiczną cenę. Pytamy o inny sklep, to się uśmiechają.

Czyli dobrze widać, jak działa monopol.

GM: Oczywiście. Pytamy co robią zimą: mam światło, komputer, siedzę sobie, czekam aż zajrzy zbłąkany turysta. Ceny muszą być jakie są.
PO: Nie było sytuacji awaryjnych, w których pani kapitan musiałaby wydawać rozkazy związane z zagrożeniem życia, czy z niebezpieczeństwem. I pierwszy raz spotkałem się z tym, że kapitan mówił: „czy moglibyście zrobić”. Dla mnie to było na początku szokujące, bo jestem przyzwyczajony do krótkich komend kapitana, ale z drugiej strony mobilizowało to zespół do szybkiego wykonywania.
KT: Chociaż kiedy dopływaliśmy do miejsca, były krótkie komendy – typu „Michał na dziób” – to nie było dyskusji.

Jak wyglądał wasz dzień?

PO: W zasadzie był jeden.

Tak?

PO: Nie ma nocy, jest dzień polarny.

No tak. To jak wyglądała wasza doba?

GM: Ciężko ten czas podzielić na doby, bo cały czas świeci słońce. Momentami drzemie się jak gdzieś człowiek przysiądzie, ale za chwilę go tu budzą, bo znowu coś się dzieje.

Faktycznie nie zwracaliście uwagi na to, czy jest godzina trzynasta czy pierwsza w nocy?

KT: Nie. Przez dwa pierwsze dni może jeszcze zwracaliśmy na to uwagę, ale generalnie spało się wtedy, kiedy człowiek czuł potrzebę snu.
PO: Na pewno spaliśmy między piątą i ósmą rano.
KT: Były dwa dni, kiedy nie zaplanowali wycieczki o szóstej rano.
PO: Były wycieczki o piątej rano. A były też nurkowania o drugiej w nocy.
KT: Ja byłem pod wrażeniem tego, że dzięki pani kapitan przypływamy do miejsca docelowego między dwudziestą trzecią i północą. To co? Spać czy nie? Jeżeli pójdziemy spać, to możemy nie wyrobić się z nurkiem. Już późno na nurka, ale w sumie dlaczego późno, skoro jest jasno. To zbieramy się na nurka. Wychodzimy z nurka o godzinie pierwszej piętnaście i w tym momencie niebo prawie czyste, wychodzi słońce, więc jak tutaj iść spać.
PO: Szkoda, bo nie wiadomo, czy rano będzie taka pogoda. Więc trzeba korzystać: nie śpimy, tylko robimy dalej.
GM: A zmiany pogodowe były szybkie.
KT: Zależało też gdzie byliśmy. Bo jak podpłynęliśmy pod kolonię morsów i fok, to nie dało się nie stać na burcie i oglądać, czy słuchać ich odgłosów. A jak już byliśmy tak blisko i aura sprzyjała, to udało się zarazić kilka osób i trochę pomorsowaliśmy przy okazji. Morsowanie przy lodowcu i z morsami w tle też dało nam niezapomniane chwile.
GM: Kąpiel w Morzu Arktycznym była wygodniejsza niż w takim niewygodnym prysznicu na jachcie. Morze Arktyczne bardzo zaskoczyło nas na pierwszym nurku – powitalnym. To był taki zwykły check-dive. Stanęliśmy na niewielkiej głębokości.
KT: Stanęliśmy na głębokości szesnastu metrów, a kotwica schodziła łagodnie, więc zeszliśmy do dwunastu. Niemniej nurek zapamiętany dla wszystkich.
GM: Wizura w Morzu Arktycznym jest bardzo różna ze względu na to, że miesza się woda słona ze słodką z topiących się lodowców. Do tego spływają rzeki roztopowe, takie błotne. Jak zeszliśmy w tym miejscu, to widoczność była maksimum trzydzieści centymetrów, czyli był kłopot zobaczyć koniec swojej ręki. Ja Krzysztofa rozpoznawałem po świetle lampy – to był jedyny jego wyróżnik w tym błocie. Jak do tego dołożyć bardzo silny prąd – taki, że gdyby puścić się łańcucha kotwicznego, to można było znaleźć się bardzo daleko…
KT: I do tego doliczyć jeszcze dwa stopnie temperatury wody… Dla mnie, przy moim stażu, na pewno umieszczę to nurkowanie na liście pięciu najtrudniejszych. Cieszę się, że wszyscy trzymali się planu zejścia po kotwicy. Z reguły jest tak, że warstwa tej słodkiej, brudnej wody trzyma się u góry, a gdy ją przechodzimy, powinno być czysto. Tu tej czystości nie znaleźliśmy. Na klęczkach, blisko siebie pokazaliśmy, że wracamy do góry. A trudnymi momentami – schodziły trzy pary – były te, w których mijały się na łańcuchu. Każdy wiedział, że jego deską ratunku jest łańcuch kotwiczny.
GM: Nagle jedne ręce przechodzą w jedną stronę, drugie – w drugą i nie wiadomo kto jest kto, a powinniśmy poruszać się parami. Jak mi się zamieszała duża ilość rąk, to przez chwilę była zagadka. Każde następne nurkowanie było lepsze.
KT: Do tego stopnia, że jak gdzieś tam spadła płetwa, pozwoliliśmy sobie jej poszukać, bo później przejrzystości dochodziły nawet do dwudziestu pięciu metrów.

Skoro wspomnieliście o niebezpieczeństwach, to jak z tymi niedźwiedziami było?

GM: Mieliśmy szczęście, ponieważ cztery kilometry na północ od nas morze wyrzuciło wieloryba. Wszystkie niedźwiedzie wiedziały, że tam jest stołówka. Co prawda na tego wieloryba nie zeszły się trzy tysiące niedźwiedzi, bo tyle ich żyje na Spitsbergenie – więcej niż ludzi…
PO: Ale o tej porze roku są po wschodniej stronie.
GM: Niebezpieczny jest kwiecień, kiedy niedźwiedzie są wygłodniałe po zimie. Podchodzą do osad ludzkich, niczym się nie przejmują. I tak jak sobie żartowaliśmy, że każdy chciałby mieć zdjęcie z niedźwiedziem, to jednak po omówieniu ostatnich wypadków, stwierdziliśmy, że wolelibyśmy ich jednak nie spotkać. Morsy i foki są sympatyczne, lisy jeszcze sympatyczniejsze są tysiące ptaków, i pozostańmy przy tym, żeby niedźwiedzia nie oglądać.
PO: Opróbywowaliśmy zachodni Spitsbergen, tam gdzie dociera ciepły prąd zatokowy Golfsztrom. Natomiast wschodnia część Spitsbergenu ściąga chłodne wody z północy. Wszędzie mamy lato, ale tutaj jest efekt faktycznego arktycznego lata z temperaturami dziesięć, w słońcu dwanaście – trzynaście stopni i kwitnące runo z rzadkimi roślinami typowymi dla Spitsbergenu albo dla wysokich gór. Chcieliśmy opróbować nie tylko fiordy, czyli wody słone, ale też stanowiska przejściowe: brzegowe, tam gdzie kończy się brzeg, ale jeszcze uwadniane są osady plażowe. Na Spitsbergenie stosunkowo rzadkie są plaże piaszczyste, jest sporo plaż kamienistych. Ale są też pływy i takie miejsca – tak zwane osuchy czy watty – gdzie w związku z pływem, z wycofaniem wód, jest odsłonięty cały brzeg. Takie miejsca przejściowe były dla nas interesujące, plus jeziora. Chcieliśmy żeby jeziora nie były w okresie, kiedy znaczna ich część jest zlodzona, a kiedy w pewien sposób będą przypominały jeziora wysokogórskie, które znamy z Tatr, gdzie prowadzimy badania już dość długo. Żeby to był również materiał porównawczy do tego co robimy w Tatrach.
GM: Mieliśmy szczęście. Trójka niedźwiedzi odwiedziła bazę UAM przed nami. Wcześniej chłopacy zamykali drzwi i okna, żeby im misie nie wyjadły wszystkiego.
PO: Ale też wiosną wtargnęły do hotelu w Barentsburgu i zjadły całe zapasy.
KT: Jak już o misiach rozmawiamy, to każdy chciałby go zobaczyć, ale lepiej, że zapamiętamy je z fotografii, bo na pewno dreszczyk emocji zrobił trening strzelecki i omówienie zasad bezpieczeństwa. Jeżeli szliśmy w grupie, to od frontu szedł człowiek z rakietnicą, z drugiej strony – człowiek ze sztucerem.
GM: Tak naprawdę tylko rakietnica hukowa daje duże prawdopodobieństwo odstraszenia niedźwiedzia. Jeżeli się go nie odstraszy, to znaczy, że jest bardzo głody albo bardzo zły i wtedy prawdopodobieństwo, że sztucer nam pomoże, jest niewielkie. Mógłby go ranić i rozdrażnić.
KT: Sama świadomość, że coś takiego może się wydarzyć, dodawała emocji. Kiedy wchodziliśmy do pustostanów najpierw wchodziły osoby z bronią.
PO: Tutaj trzeba dopowiedzieć, że te pustostany to są dawne kopalnie węgla kamiennego. Spośród nich dzisiaj funkcjonuje w zasadzie tylko Barentsburg i miejscowość – widmo Pyramiden, w której są tylko przewodnicy dla turystów, jeden rosyjski bar, czy raczej radziecki i malutki hotelik dosłownie dla kilku osób.
KT: „Nasz cel: komunizm” – hasła, które przetrwały i popiersie Lenina witają turystów w Barentsburgu. Z ciekawości weszliśmy do sklepu – można tam kupić w zasadzie wszystko oprócz tytoniu, alkoholu i cukru, które są limitowane. Alkohol kupisz tylko w barze.
PO: W przeszłości na Spitsbergenie problemem był alkoholizm.
GM: W Barentsburgu jest mały szpital dla Rosjan. Ma tylko trzy oddziały: ogólny, dziecięcy i narkologiczny – tak nazywają uzależnienia. To są problemy nocy polarnych i ludzi, którzy przebywają tam trochę bez celu. Mija dwadzieścia lat od katastrofy lotniczej pod Longyearbyen, w której zginęło ponad stu rosyjskich górników. Wtedy zamknęli kopalnie, zostawili tylko tę jedną, którą udają, że działają. Generalnie nie mają zbyt dużo do roboty.
PO: Zresztą nikt do końca nie wie co tam robili, skoro opuszczając kopalnie, wysadzili wszystkie szyby.
KT: Niezapomnianym dla mnie było spotkanie z panem Wojtkiem Moskalem.
PO: Znany z pomocy Kamińskiemu i Meli w wyprawie na Spitsbergen, pracuje w Norweskim Instytucie Polarnym i w Polskiej Akademii Nauk w Sopocie. Latem jest na Spitsbergenie, i dzięki kontaktowi z Norweskim Instytutem Polarnym udało nam się zobaczyć dodatkowo kilka ciekawych rzeczy.
GM: I skorzystać z norweskiej jednostki pływającej, dzięki której mogliśmy się poruszać z prędkością ponad trzydziestu węzłów między growlerami bliżej ściany lodowca. Wrażenie jest niezapomniane. Ale też opowiadania tak słynnego polarnika, który przeżył wszystko, są ciekawe. Dowozi w te trudne tereny naukowców z różnych państw, czy – dzień wcześniej – norweskiego ministra środowiska na inspekcję.
KT: Widzieliśmy cielący się lodowiec. Wojtek uzmysłowił też ile tysięcy lat może mieć ten lodowiec. Lód dodany do coli smakował wyjątkowo.
PO: Jak wróciliśmy do Longyearbyen, okazało się, że zero siedemdziesiąt pięć butelkowanej wody z lodowca kosztuje dwieście złotych. Jak powiedział kolega: po raz pierwszy lód jest droższy od whisky.
KT: Świadomość, że lód ma ze dwa tysiące lat, sprawiała, że wyjątkowo smakował.
GM: Na pewno każdy kto tam był i usłyszał huk cielącego się lodowca, będzie inaczej reagował na hasło „efekt cieplarniany”. To się koduje w głowie i ten odgłos zawsze będzie się kojarzył z efektem cieplarnianym. Jeżeli jeszcze porozmawiamy z glacjologami o tym jak szybko znikają lodowce, jak niewiele zostało lodowców sięgających morza, oceanu… Większość z nich jest już tylko na lądzie.
PO: Kilka – kilkanaście metrów przed linią brzegową, ale już na lądzie. Oczywiście są jeszcze bardziej wycofane, te które niedawno cieliły się do wody.
GM: Jak zobaczymy, że są lodowce, które co roku znikają nie po metr – dwa, a po kilkanaście metrów, to daje to wyobrażenie, w którą stronę to zmierza. I pewnie kolejne pokolenia tych lodowców już nie zobaczą. Według map GPSowych często staliśmy jachtem sto metrów na lądzie.
KT: Kiedy dopłynęliśmy do takiego niepozornego jęzora i pojawiły się trzaski o których mówił Grzegorz, człowiek od razu miał świadomość jaką jest drobiną przy tej naprawdę wielkiej ścianie. Każde pęknięcie od razu wpływa na czujność.
PO: Można podpłynąć tylko dwieście metrów do czoła lodowca, bo jak spadnie bryła lodu wielkości bloku mieszkalnego, to tworzy ogromną falę.
KT: Historia zna przypadki położenia jachtu.
GM: W zeszłym roku: połamane obojczyki, kłopoty z kręgosłupem. Jacht, którym pływaliśmy, rok wcześniej położył się na bok, bo bryła lodu spadła akurat kiedy był postawiony bokiem w czasie manewru.

Jak dzień polarny – to że przez całą dobę jest jasno – wpływa na psychikę?

PO: Wychodzisz na ląd i w pewnym momencie robi się takie światło, że masz wrażenie, że jest siedemnasta. Nie patrząc na zegarek. Zaplanowałeś sobie coś, masz takie uczucie, że musisz przed zmrokiem wrócić na jacht, więc intensywniej pracujesz. A tutaj dzień się nie kończy.
GM: Jest ADHD i adrenalina, i o ile kilkanaście dni idzie wytrzymać, o tyle za kilka kolejnych dni byłaby katastrofa. Po powrocie organizm jest wykończony. Oczy i mózg mówią „działamy”, a organizm już nie ma siły.
PO: Trzeba powiedzieć inaczej. Jak jeździmy w Tatry, to wyjeżdżamy w niedzielę wieczorem, w poniedziałek rano jesteśmy na miejscu, pracujemy cały poniedziałek, cały wtorek i zwykle z wtorku na środę, maksymalnie w środę do południa wracamy. Mamy tak naprawdę dwa pełne dni pracy w Tatrach, jesteśmy w stanie opróbować całe doliny z nurkowaniami, z poborem osadów dennych w poszczególnych jeziorach. Nie znam drugiego takiego zespołu, który by tak intensywnie pracował. To przy takiej pracy na Spitsbergenie, i dzięki pani kapitan – podkreślamy to mocno, ale bez niej by się to nie udało – jak się kończył dziesiąty dzień, wszyscy mieliśmy już dosyć. Pracowaliśmy bardzo intensywnie przez dziesięć dni, pobierając z czterdziestu dwóch stanowisk ponad dwieście prób, z nurkowaniami, z wejściami, z dojściami do tych miejsc na lądzie, do których chcieliśmy dojść. Śpiąc najpierw po trzy – cztery godziny na dobę, a po trzech – czterech dniach przychodziło takie zmęczenie, że człowiek musiał spać – powiedzmy – od dwudziestej do rana, bo trzeba było się zregenerować.
GM: Problem jest taki, że jak wychodzimy, wydaje się, że są małe górki. Tu ptaki, tu roślinność, tu zwierzaki, tu biegamy za reniferami. Schodzimy na dół, człowiek patrzy na mapę: no tak, ta górka ma sześćset metrów. Sześćset metrów od poziomu morza, to jednak jest wycisk.
KT: Mi osobiście akurat dzień polarny odpowiadał, bo z reguły lubię się zdrzemnąć i noc tutaj z reguły nie pozwala funkcjonować, a tam można było wyjść, zarzucić wędkę, próbować złapać dorsza.

I próbowałeś?

PO: W tym roku wody fiordów były dość chłodne w związku z intensywnym topieniem się lodowców. I nie było intensywnych wlewów wód oceanicznych. A z wodami oceanicznymi dorsze wchodzą do fiordów. Dlatego nie mieliśmy dużego szczęścia do ryb.

A inne rozrywki w czasie wolnym? Internetu nie mieliście zbyt wiele…

PO: Czasami udawało się zdobyć.
GM: Ale na przykład w najbardziej na północ wysuniętej miejscowości – Ny-Alesund – co prawda nie było zasięgu telefonicznego ani internetowego, ale w porcie mieli jeden kabel z internetem przez telefon satelitarny, żeby ustalać prognozę pogody i mieć łączność ze światem. No i pani kapitan jakimś cudem załatwiła możliwość przyłączenia na chwilę komputera. Może nie mieliśmy wielkiej łączności ze światem, ale ze dwa zdjęcia daliśmy radę wstawić.
PO: Ale jak gdzieś przepływaliśmy i przez chwilę był internet, to wszyscy próbowali coś tam do domu wysłać.

A gdzie jest internet? Tylko w pobliżu osad?

PO: Osady w zasadzie są trzy.
GM: W stolicy jest bez problemu.
PO: W największej miejscowości, bo to jest umowna stolica.
GM: Jest takie dziwne miejsce – nikt nie rozumie tej radzieckiej technologii. Są w Pyramiden takie telefony na korbkę. Jakieś takie wielkie, poradzieckie. Wybiera się wewnętrzny, łączy się z centralą i pani z centrali łączy dalej. Można też zadzwonić bezpośrednio do baru, do hotelu, do szpitala i jeszcze na kilka wewnętrznych numerów. Takich telefonów jest osiem czy dziewięć, a jeden jest jako budka telefoniczna. I przy nim w promieniu jednego – dwóch metrów działają telefony komórkowe. Nie wiadomo dlaczego.
PO: Nie ma nadajnika. A jest zasięg.
GM: Trudno to zrozumieć. Bo czemu nie działa metr dalej? Chyba że Rosjanie wykorzystują telefonię komórkową do łączenia tych telefonów ze światem. Działa tam tylko system telefonii satelitarnej Iridium – pozostałe nie działają.

A poza osadami internetu – rozumiem – nie ma?

GM: Poza osadami renifery nie używają internetu. Dla mieszkańców Spitsbergenu lato jest trudne, bo poruszają się skuterami śnieżnymi. Prawie nie ma dróg. Droga jest z lotniska do portu, z portu do miejscowości, do hodowli husky i kawałek w stronę oczyszczalni ścieków. Dróg można naliczyć pewnie ze trzy kilometry. Może i pięć. W każdym razie większość mieszkańców czeka na śnieg, bo wtedy mogą się poruszać po całym Spitsbergenie.

Ale na zdjęciach widziałem jakieś samochody.

GM: Jest trochę samochodów do transportu, żeby dowieźć coś z portu. Jest salon Toyoty.

Salon Toyoty?

PO: Myślę, że dziewięćdziesiąt pięć procent samochodów na Spitsbergenie to Toyoty. Jest salon i serwis.
GM: Trochę rzeczy trzeba przewieźć choćby z portu do tych kliku sklepów, czy na lotnisko.
KT: Korzystaliśmy też z roweru.
PO: W Longyearbyen są też darmowe rowery.
KT: Jasiu mówił, że poskładali taki trochę niesymetryczny rower. Zostawił go wiosną, przyjechał w następnym roku i rower stał w tym samym miejscu. Teraz my z niego korzystaliśmy i też zostawiliśmy go w tym samym miejscu.
GM: Jasiu to taki specyficzny bosman. Opłynął Przylądek Horn i parę innych miejsc świata. Jako mechanik z niczego zrobi wszystko. Nawet gdyby znalazł dwa kółka, to rower też by z nich zmontował. Stary bosman, który pływał, kiedy trzeba było korzystać ze starych przyrządów i żadnej elektroniki nie było.

To skoro wspominacie już o tych ludziach: to są Polacy, którzy tam mieszkają?

GM: Nie. To są Polacy, którzy mieszkają na łajbie i większą część roku pływają po świecie. Ten jacht akurat teraz będzie płynął na Wyspy Kanaryjskie na zimę. Jacht jest generalnie cały czas na wodzie i bardzo rzadko zawija do Polski na jakiś serwis.

A na Spitsbergenie są od dawna?

GM: Drugi rok.

A miejscowi – jacy są?

GM: Bardzo różni. Najwięcej jest Norwegów. Druga nacja to…

Rosjanie.

GM: Nie. Tutaj zaskoczenie: Tajowie. Dopiero trzecia to Rosjanie.

A Tajowie skąd się tam wzięli?

GM: Myślę, że Tajki rysami przypominają ludzi zza koła podbiegunowego i to sprawia, że podobają się tamtejszym Norwegom. Przy głównej ulicy jest sklep z tajską żywnością.

A jacy są w bezpośrednim kontakcie?

GM: W restauracji niemili. Weszliśmy zmęczeni, a tu od razu krzyk: nie wolno spać na stole, macie tylko tyle minut, bo kolejni przyjdą. Dwie godziny, jeżeli zamówicie dużo, a jeżeli tylko napoje – godzinę. Jest niewiele miejsc siedzących.
PO: Są trzy restauracje. Bardziej takie bary.
GM: Ale jak byliśmy w takim spokojnym pubie posiedzieć, to bardzo fajni, po pracy, wieczorem, wyluzowani.
PO: Najsympatyczniejszy był Ukrainiec w Barentsburgu.
GM: Nie, no, wiadomo, że Słowianie cieszą się, że ktoś przypłynął.
KT: Jak robiliśmy zakupy, podjechał taksówkarz. Kolega pyta czy wolny. „Tak, wolny”. „To co, jedziemy?”. „Nie, mam wolne”. Usiadł sobie z gazetą, łaskawie dał numer do innego taksówkarza. Szanują swój czas, i skoro ma wolne, to nie weźmie żadnego kursu. Przypomniały mi się jeszcze stare czasy. Ostatniego dnia mieliśmy sporo czasu i tak się włóczyliśmy troszeczkę. Jak się zrobiło chłodniej, weszliśmy do pubu na grzane wino, na co barman mówi, że dopiero za dwadzieścia minut, bo alkohol podają dopiero od dwunastej.
PO: Inaczej płynie czas.
GM: Ten brak zasięgu telefonicznego i internetu, krystalicznie czyste powietrze.
PO: Komórka służy ci co najwyżej do zrobienia zdjęcia.
KT: Albo do gierek.

Z waszych obserwacji: turystów jest dużo?

GM: Rocznie na Spitsbergen dociera czterdzieści tysięcy turystów, z których ponad połowa przypływa wielkimi statkami po dwa tysiące turystów na pokładzie. Wpływają, biegiem przebierają się w nieprzemakalne stroje, pontonami płyną obejrzeć z daleka kilka miejsc na wyspie, przebiegają przez stolicę, kupując pocztówkę i robiąc sobie zdjęcie, i odpływają. Jak odejmiemy tych turystów, to zostaje kilkanaście tysięcy osób, które przylatują samolotami. Mają do wyboru coraz większą liczbę hoteli – w Longyearbyen widzieliśmy cztery czy pięć, plus dwa w rosyjskich miejscowościach pokopalnianych, plus – dla odważnych – pole namiotowe. Wydawałoby się, że turystyka rośnie, choć – jak rozmawialiśmy z ludźmi stamtąd – mówili, że na turystykę absolutnie nie stawiają. Że chcieliby, żeby dalej przybywali tam tylko naukowcy, a nie turyści.

Bo straciliby spokój?

PO: Ostatniego dnia naszego pobytu rano przypłynął taki duży wycieczkowiec. Jak dwa tysiące ludzi wysiądzie w liczącej dwa tysiące mieszkańców miejscowości, robi się jak na rynku. W Longyearbyen na stałe zarejestrowanych jest chyba tysiąc sześćset osób, ale – będąc w mieście – nie wydaje się, że jest aż tyle.
GM: Na mieście jest pusto i nagle same kolorowe, niemieckie kamizelki chodzą.
PO: To jest taki kilkugodzinny nalot.
KT: Ale miło było spotkać na przykład polskich ornitologów, z którymi znawigowaliśmy się, bo padło jakieś charakterystyczne polskie słowo.
GM: I po gumowcach można było rozpoznać, bo mieli takie same jak my.
KT: Był ktoś z Poznania, i z Kielc.
GM: W samej stolicy też jest kilka baz naukowych. Żeby ludzie nie siedzieli cały czas na odludziu, w bardzo surowych warunkach, to zjeżdżają na chwilę do tej umownej stolicy, gdzie mają sklep, bar i cywilizację. Na przykład Czesi mają takie miejsce.
PO: Nasz uniwersytet ma najbardziej na północ wysuniętą polską stację – w zatoce Petunia. Sąsiadują ze stacją czeską. Czesi mają jakieś dodatkowe lokum w Longyearbyen. Jest jeszcze stacja UMK w Toruniu i słynna stacja PAN w Hornsundzie. A najbardziej na północ wysuniętą miejscowością na świecie jest Ny-Alesund, która składa się z dziesięciu stacji badawczych.

Jak poszły badania?

PO: Nie spodziewaliśmy się, że uda nam się opróbować tyle fiordów, tyle miejsc na brzegu i tyle opłynąć w tak krótkim czasie. W terenie byliśmy zaledwie dziesięć dni. Gdyby przeliczyć to na wykonaną pracę, pewnie trzeba by ten czas pomnożyć przez trzy, a przynajmniej przez dwa, bo tyle musiałoby to trwać normalnym tempem.
GM: Odpowiednik takiego miesiąca badań.
PO: Można by wymieniać fiordy w których pobraliśmy próby, bo zrobiliśmy ponad 360 mil morskich.
GM: Co ważne, zaletą naszej jednostki mającej osiemnaście metrów długości, było to, że mogła wpłynąć w płytkie miejsca. W odróżnieniu od wielkich badań przemysłowych, gdzie wielkie statki badawcze zarzucają jakąś umowną sieć i coś tam pobierają z dna, to one do takiego fiordu nie mają szansy wpłynąć. To sprawiało, że trafialiśmy w miejsca bardzo dzikie, gdzie człowiek miał świadomość, że pięćset lat temu był tam port wielorybników. W tamtych czasach ludzie nie wiedzieli jeszcze jaki kształt ma Spitsbergen, docierali do niego tylko od strony po której był ciepły prąd, i tam zrobili sobie bazę na połów wielorybów. W tamtych czasach z tłuszczu wielorybów produkowało się świece, bo nie było jeszcze ropy naftowej. Jak się trafiało w takie odludne miejsca, to było niesamowite. Zwierzaki w ogóle nie traktowały nas jako wroga. Wstawał sobie człowiek o piątej rano, szedł na górę, a tutaj nagle sto ptaków siedzi dookoła niego i człowiek się czuje jak Bruce Wszechmogący, bo patrzą na niego, podchodzą coraz bliżej i nie wiadomo co tu robić.
KT: Albo coś przepływa koło statku. A później, po rozmowach, dowiadując się co widział kolega, że było biało-czarne i megaduże, orientujemy się, że koło nas przepłynęła orka.
GM: A lisy na lądzie to już w ogóle strasznie ciekawskie. To wrażenie, że te zwierzaki w ogóle się nas nie boją, w połączeniu z ciekawą dla nas – nieprzyrodników, którzy tylko asystowaliśmy – wiedzą, którą koledzy nas epatowali… A to jest rybitwa szara. A wiecie, że ona jest teraz, jak jest lato polarne, tutaj, a na zimę polarną leci na drugi biegun… Oczywiście, że człowiek robi duże oczy i mówi: nie wiedziałem. A ten nurzyk polarny… A wiecie, że on na zimę leci do Amazonii i indianie robią pióropusze z jego piór i nie wiedzą, że mają pióropusze z nurzyka polarnego? I tak cały czas. I rzeczywiście badania mikro są fajne, ale kontakt z przyrodą – tą większą – też jest niesamowity.
KT: O wyjątkowości powiem jeszcze tyle, że czekam na odpowiedź z PADI. Jeden z uczestników kończył kurs Open Water Diver i ostatnie ćwiczenia, które były do zrobienia, odbyły się na Spitsbergenie.
GM: Być może to pierwszy certyfikat ze Spitsbergenu w historii.
KT: Organizator, jak się dowiedział, że mamy w planie zakończenie kursu, myślał, że żartujemy, bo z reguły jeżdżą tam ludzie doświadczeni, obyci, opływani.

Jak wypada Spitsbergen turystycznie?

PO: Drogo.

A atrakcyjność?

PO: Myślę, że Longyearbyen jest atrakcyjne do odwiedzenia, ale nie pokazuje bogactwa Spitsbergenu.
GM: Spotkaliśmy się w sklepie z Polakami, którzy serwisują klimatyzacje na tym wielkim szwajcarskim statku, na którym przypłynęli Niemcy. Z ich punktu widzenia Spitsbergen wcale nie jest taki piękny. Jeżeli ktoś chciałby tam przypłynąć, wpaść na chwilę, zrobić sobie kilka fotek i powiedzieć, że był, to tyle. Potem opływają z daleka dwa lodowce i płyną dalej. Takie zwiedzanie nie daje szansy poznania w pełni walorów Spitsbergenu. Oczywiście, jak się człowiek zaskoczy tym, że na mieście chodzą renifery, to jest fajne.

Przystanek Alaska.

GM: Tak. Ale jednak w porównaniu z tym, jak Spitsbergen wygląda trochę dalej, gdzie turysta może wykupić za ponad tysiąc koron norweskich, czyli prawie tysiąc złotych, jednodniową wycieczkę do Barentsburga, gdzie popłynie statkiem kilkadziesiąt mil, przebiegnie się po miejscowości i wróci, to być może zwiedzanie części porosyjskiej jakoś tam zaliczy.
PO: Ale nic więcej nie zobaczy. Popłynie do Barentsburga, do Pyramiden. Do Ny-Alesund jest dość daleko i drogo.
GM: Jak się wysiada w Ny-Alesund, samo postawienie nogi na pomoście kosztuje 120 koron. Generalnie nikt nie jest w stanie zobaczyć Spitsbergenu w czasie takiego samodzielnego wyjazdu, jeżeli nie znajdzie odpowiedniego przewodnika. W tych wszystkich istotnych miejscach jest park narodowy albo rezerwat, i bez zgody gubernatora na wstęp nie ma tam czego szukać. Trzeba poszukać ewentualnego operatora turystycznego lub zaprzyjaźnionej osoby. Zezwolenie na broń na sam Spitsbergen można uzyskać na miejscu. Jak ktoś przywiezie zaświadczenie o niekaralności, wypełni kwity, to takie zezwolenie dostanie i broń wypożyczy. Ale jest jeszcze kwestia uzyskania od gubernatora zezwolenia na wejście na obszary chronione. I to jest dość kłopotliwe. Ale jeżeli ktoś je uzyska, to będzie oglądać miejsca, do których wcześniej dotarło niewielu ludzi. Ta potęga przyrody zostawi na pewno niezatarte wrażenie.