Ludzie stojący za Fundacją Pszczoła. Od lewej: Krzysztof Rauhut, Bożena Wola, Tomasz Wola. Na zdjęciu brakuje Honoraty Rauhut. Fot. Marcin Maziarz
Ludzie stojący za Fundacją Pszczoła. Od lewej: Krzysztof Rauhut, Bożena Wola, Tomasz Wola. Na zdjęciu brakuje Honoraty Rauhut. Fot. Marcin Maziarz
360°IdeeLudzie

Pszczoła leci na miasto (i region)

To historia o tym, że rzucone w towarzystwie „hej, zróbmy coś” da się przekuć w „o kurczę, mamy fundację”. Fundację z solidnym planem jak zrobić coś dobrego.

„Hej, zróbmy coś” padło na tyle dawno, że nikt nie pamięta już kto tak powiedział i czy w ogóle ktoś tak powiedział… Nieważne. Ważne są pomysły, które rodziły się przez lata w dobrej atmosferze. Bo trudno – spotykając się z fundatorami Fundacji Pszczoła – nie zauważyć między nimi tego, o czym anglojęzyczni mówią „flow”. Chodzi zarówno o przepływ myśli, który prowadzi do nagłego wysypu pomysłów zarówno na działania bieżące, jak i na cele na lata, ale także jakiejś pozytywnej energii. Takiej, którą można zaobserwować między przyjaciółmi.

Ludzie stojący za Fundacją Pszczoła. Od lewej: Krzysztof Rauhut, Bożena Wola, Tomasz Wola. Na zdjęciu brakuje Honoraty Rauhut. Fot. Marcin Maziarz
Ludzie stojący za Fundacją Pszczoła. Od lewej: Krzysztof Rauhut, Bożena Wola, Tomasz Wola. Na zdjęciu brakuje Honoraty Rauhut. Fot. Marcin Maziarz

Właśnie w takiej, mocno nieformalnej atmosferze, rodziła się Fundacja Pszczoła. Stoją za nią dwa małżeństwa: Honorata i Krzysztof Rauhut oraz Bożena i Tomasz Wola.

Co ciekawe, Pszczoła w nazwie początkowo nie miała nic wspólnego z miodem. Chodziło raczej o sposób w jaki żyją i pracują pszczoły, o pszczelą pracowitość, skuteczną komunikację i o to, że drobnymi krokami można zbudować coś wielkiego. I dobrego, bo zarówno o dobro jak i o coś wielkiego (o czym później) w Pszczole chodzi. Ostatecznie jednak zaczęło się od miodu…

Pomysł pierwszy: miejska pasieka, która może zmienić myślenie o miejskiej zieleni

Działalność Fundacji zaczęła się od sukcesu. Zgłoszony do budżetu obywatelskiego wniosek o budowę miejskiej pasieki, okazał się hitem. Głos na pszczoły w mieście oddało prawie 3.200 osób – ponad 22 procent głosujących.

Choć byli też wątpiący. – Od znajomych czy osób, które wiedziały kto stoi za wnioskiem, zdarzały się telefony z pytaniami czy obawami – opowiada Krzysztof. – Nie były to jednak pretensje, czy dobre rady, że miasto to nie miejsce dla pszczół, a rzeczowe pytania od faktycznie zainteresowanych tematem osób.

Miejska pasieka w Pile faktem stanie się w tym roku – prawdopodobnie pod koniec kwietnia. Miejsce nie zostało jeszcze ostatecznie wybrane, ale możliwe, że będzie to teren zielony przy bulwarach nad Gwdą, być może w rejonie Szkoły Policji.

Łąka kwietna. Fot. Marcus Neto/Unsplash
Łąka kwietna. Fot. Marcus Neto/Unsplash

I w tym miejscu pojawia się hasło „łąka kwietna”. – Chciałabym bardzo – mówi Bożena. – We wniosku jej nie było, ale może to pomysł na przyszłoroczny budżet obywatelski?

Łąka kwietna to świetna przestrzeń dla pszczół, w której pożywienie znajdą właściwie przez cały okres od wiosny do jesieni, ale także rozwiązanie znajdujące coraz więcej zwolenników wśród mieszkańców miast. Ma kilka zalet, których nie ma trawnik: kosi się ją tylko dwa razy w roku i zatrzymuje wodę w ziemi zdecydowanie lepiej niż trawa. No i wyglądem przypomina o beztroskich czasach i miejscach z czasów „wakacji u babci”.

Łąki kwietne czy pasy zieleni (na przykład między jezdniami) obsiane „kwietnymi” mieszankami roślin, są już lub pojawią się w tym roku nie tylko w Warszawie (tu mieszkańcy mogą dostać również nasiona), Krakowie, Łodzi czy Białymstoku, ale także w mniejszych miejscowościach – między innymi w Międzyzdrojach.

Jednak i bez łąki kwietnej pszczoły poradzą sobie w Pile dzięki różnorodności roślinności, a także bliskości ogrodów działkowych.

Do uli będzie można podejść na kilka metrów. Bezpośredni kontakt byłby niebezpieczny zarówno dla ludzi, jak i dla pszczół, ale aby koegzystencja była pokojowa, pasieka będzie ogrodzona w bezpiecznej odległości od uli, a na wprost wylotków uli stanie przeszkoda wymuszająca na pszczołach wzlot na wyższy pułap – tam gdzie nie będą miały kontaktu z ludźmi.

Ale po co właściwie pszczoły w mieście? – Między innymi dla edukacji – mówi Krzysztof. – Chcemy od czasu do czasu wpuścić tam chociażby młodzież szkolną, czy nawet przedszkolną, żeby mogła zobaczyć jak funkcjonuje natura. Oczywiście pod nadzorem, w odpowiednich ubraniach, w odpowiednim czasie i z odpowiednim zadymieniem.

Fot. Annie Spratt/Unsplash
Fot. Annie Spratt/Unsplash

– Chcemy też, by mogły przychodzić zorganizowane grupy – dodaje Bożena. – Żeby było wiadomo, że o konkretnej porze będzie pszczelarz, będzie można się przebrać, podejść bliżej i nawet zajrzeć do środka.

Członkowie Fundacji rozmawiają także ze szkołami, by na ich terenie pojawiły się hotele dla pszczół murarek i innych owadów zapylających. Świetny pomysł na przybliżenie natury, a przy tym – ułatwienie zapylaczom życia w mieście.

– Chcemy je trochę odczarować – wyjaśnia Krzysztof. – Wszystkie działania idą w tym kierunku, żeby pokazać, że to nie jest nic niebezpiecznego, że to się nie wiąże z wprowadzeniem terroru na osiedlu, a jest niezbędne, żebyśmy z powrotem funkcjonowali w ekosystemie. To że liczba pszczół się zmniejsza, że są chore i giną, to niby wszyscy wiedzą. Ale jeżeli ten problem będzie tu, z nami, na miejscu, jeżeli będzie można pokazać, że są rozwiązania, to już będzie dużo.

Jednym z pierwszych miast w Europie, w których pojawiły się miejskie pasieki, był Berlin. Dziś wszyscy korzystają z berlińskich doświadczeń. Między innymi w Krakowie, gdzie jest około dziesięciu miejskich pasiek.

A co najciekawsze: istnieją badania według których miody z miasta są równie dobre jak te wytwarzane poza miastem. Wyjaśnienie zagadki? W miastach nie używa się środków chemicznych do ochrony roślin, które wpływają na zdrowie pszczół. Można też pokusić się o wyjaśnienie „kulturowe” – to trochę jak z piwem. Jest piwo „masowe” i produkowane przez hobbystów piwo kraftowe. Dla tych drugich sama produkcja piwa to przyjemność. Na życie zarabiają gdzie indziej, więc wraz z kolejną warką nie muszą dowieźć wyniku za wszelką cenę. Nie zależy od tego byt ich rodzin. Podobnie z miodem: w mieście zdecydowanie łatwiej trafić na pszczelarza „kraftowego” z pięcioma ulami, dla którego produkcja miodu będzie po prostu hobby ze słodkim bonusem na koniec sezonu. Od tego czy miodu będzie litr czy trzydzieści litrów, nie zależy byt jego rodziny.

Nie, w miodzie „miejskim” nie stwierdzono obecności spalin i innych „miejskich” zanieczyszczeń.

Tak, nadal będzie można stosować opryski na odkomarzanie. Bez nich w pilskich warunkach (dużo zieleni i wody) lato trudno byłoby zaliczyć do przyjemności. To kwestia dobrej komunikacji między pszczelarzem i firmą odpowiedzialną za odkomarzanie. Zresztą tak samo na wsiach stosowanie oprysków zgodnie z instrukcją producenta i prawem nie jest problemem. Problemem jest brak komunikacji.

Pomysł drugi: pasieki dla biznesu, czyli słodka odpowiedzialność społeczna

Fot. Jez Timms/Unsplash
Fot. Jez Timms/Unsplash

Miejska pasieka to nie wszystko. Własną pasiekę może mieć właściwie każde przedsiębiorstwo, dysponujące miejscem na ten cel. Po co? Aby wziąć na siebie odrobinę odpowiedzialności za otoczenie biznesu, konkretnie za środowisko. Są pierwsi zainteresowani ustawieniem uli na swoim terenie. Roczny koszt utrzymania takiej mikropasieki z jednym, dwoma czy trzema ulami, to kwota rzędu sześciu tysięcy złotych. Składa się na nią wynagrodzenie pszczelarza, który w czasie jednego sezonu musi odwiedzić każdy ul ponad trzydzieści razy, utrzymanie uli i zamieszkujących je rojów, a w końcu – miodobranie. Słoiczek firmowego miodu może być miłym dodatkiem do świątecznych bonów dla pracowników. Satysfakcję z utrzymania tak potrzebnych środowisku zapylaczy, trudno wycenić.

Pomysł trzeci: region znany ze słodkiego złota

Fot. Chinh Le Duc/Unsplash
Fot. Chinh Le Duc/Unsplash

– Brakuje wysokiej jakości produktów lokalnych – mówi Bożena. – Takich, z których region byłby rozpoznawalny. Mamy pszczelarzy, którzy dostarczają wysokiej jakości miód. Taki naprawdę wysokiej jakości – zarówno smakowo, jak i gatunkowo. Generalnie nie ma możliwości rozpoznania w domu, czy miód jest sfałszowany czy nie. Nie ma wyjścia – trzeba wysłać próbki do laboratorium.

I dlatego w Pszczole chcą odszukać pszczelarzy produkujących miód naturalnymi metodami, bez dokarmiania pszczół cukrem, sprawdzać ich i certyfikować, a potem sprzedawać ich miód pod jedną, regionalną marką.

Pomysł czwarty – na lata: Dom

Fot. Vel Vesa/Unsplash
Fot. Vel Vesa/Unsplash

– Jak usiądę w przytulnym holu – tak naprawdę będzie to salon – i z jakąś starszą panią napiję się herbatki – tak Bożena opowiada o momencie, w którym poczuje się szczęśliwa jako fundatorka i prezes Fundacji Pszczoła. Moment jest odległy w czasie, bo takich przedsięwzięć nie realizuje się w ciągu roku czy dwóch. A to od niego właściwie zaczęła się myśl o Fundacji. – Chcielibyśmy zbudować dom opieki dla osób starszych.

Pomysł z życia, bo starość dotyka nas, naszych bliskich, znajomych, przyjaciół. W końcu przyjdzie do nas. – Jeżeli nie ma możliwości opieki w domu, albo nie ma dzieci, które mogłyby się zająć taką osobą, to powstaje ogromna potrzeba opieki – mówi Bożena. – Albo miejsca, w którym osoby starsze byłyby chciane, lubiane, gdzie mogą normalnie funkcjonować na miarę swoich możliwości, czuć się akceptowane.

– Stąd zresztą wzięła się Bulanka – klub petanque – mówi Krzysztof. – Nie każdy pójdzie na uniwersytet trzeciego wieku, nie każdy ma działkę. Chcemy seniorów wyciągać z domów, aktywizować, pokazać, że mogą się świetnie bawić zarówno w gronie swoich równolatków, jak i międzypokoleniowo. Bo bule to taki sport, który siedmio- i siedemdziesięciolatkowi pozwala być równorzędnymi partnerami wyciągać z domów. Ten cel fundacyjny jest zdecydowanie większy, ale wpisuje się w to, że spędzając ze sobą dużo czasu, zawsze mówiliśmy, że warto byłoby coś zrobić, zostawić chociaż jakiś malutki ślad.

– Fajnie jest pomyśleć sobie, że to co robię ma sens – to znowu Bożena.

Rozmowę kończy Krzysztof: – Nieważne jak duży ten dom by nam wyszedł – ile będzie miał pokojów, ile personelu i ilu wspaniałych ludzi będziemy mogli gościć – wiemy jedno: na pewno on będzie za mały.

Epilog

Fundacja Pszczoła to tacy bardzo pozytywni ludzie. Choć na co dzień zabiegani, wieczorem znajdują czas, by spotkać się roboczo przy stole w kuchni. To tam zapada wiele decyzji, tam rodzą się pomysły i tam rośnie dobra atmosfera dla projektów zawsze kierowanych do ludzi – nawet jeżeli po drodze zdarzą się pszczoły.

Jeżeli chcesz pogadać, zapytać jak możesz pomóc albo co możecie zrobić razem, zadzwoń pod 666 60 60 36 albo napisz na bozena.wola@fundacjapszczola.org. Bieżące informacje na temat działalności fundacji i wiele ciekawostek o pszczołach znajdziesz na fanpage’u Fundacji: https://www.facebook.com/Fundacja-Pszczoła-2213386088892021/.