Ultrasi: Radek Łożyński, Jacek Sikorski, Piotr Sikorski. Fot. Marcin Maziarz
Ultrasi: Radek Łożyński, Jacek Sikorski, Piotr Sikorski. Fot. Marcin Maziarz
Czas wolny i przyjemnościOutdoorUncategorizedW ruchu

Ultrasi

Kiedy przestaje wystarczać maraton, a bieganie po ulicy robi się nudne, wybiegają na 80, 150 albo 240 kilometrów w górach. O sobie mówią, że nie są do końca normalni. Bo kto normalny wybiera 40 godzin biegu zamiast grilla i odsypiania zaległości z tygodnia? Tworzą Giro Di Zawada, klub bardziej towarzyski niż sportowy, skupiony wokół biegów utlra.

Tekst ukazał się w piątym numerze Magazynu67.

Ultrasem najczęściej zostaje się, żeby się nie nudzić. Tyle że kiedy ty nudzisz się oglądając mecz, im nudzi się na trasie maratonu. Bo ile można biegać te 42,195 wśród bloków wyglądających tak samo w każdym mieście? – U mnie zaczynało się powoli – mówi Jacek Sikorski. – Sport to moje życie. Zacząłem od piłki nożnej – w latach osiemdziesiątych w Polonii Piła, później była halówka. W końcu koledzy stopniowo zaczęli się wykruszać, nie było z kim grać, a bieganie było najbardziej naturalną formą ruchu. Najprościej było się przebrać, założyć buty i iść biegać. Zaczęło się od Pilskiej Piętnastki, potem półmaraton, ale na początku więcej biegałem tak po prostu. Dopiero później kolega z pracy namówił mnie, żeby wystartować w biegu. A później maratony się znudziły. O ultrasach mówi się, że to maratończycy, którzy nie potrafią wykręcić dobrych wyników, więc przerzucają się na biegi ultra. I tak jest w moim przypadku, bo łatwiej ukończyć mi w limicie czasu pięćdziesiątkę czy siedemdziesiątkę, niż przebiec 42 kilometry po asfalcie poniżej trzech godzin.

Ultrasi: Radek Łożyński, Jacek Sikorski, Piotr Sikorski. Fot. Marcin Maziarz
Ultrasi: Radek Łożyński, Jacek Sikorski, Piotr Sikorski. Fot. Marcin Maziarz

Radek Łożyński bieganie zaczął od Muzycznej Ćwiartki. Pierwszy start górski to Rzeźniczek, czyli krótsza wersja Rzeźnika. – Żona, która stała na mecie, usłyszała ode mnie, że jak przyjdzie mi do głowy zapisanie się na całego Rzeźnika, ma mi wybić ten pomysł. Oczywiście minęły dwa dni i pierwsze co pomyślałem, to zapisać się za rok na Rzeźnika. To był chyba ten moment, w którym pomyślała, że będę sobie przesuwać coraz dalej granicę.

Bo w biegach ultra chodzi między innymi o pokonywanie własnych granic. Radkowi pokonanie 78-kilometrowej trasy Biegu Rzeźnika – jeszcze oryginalnej, przez Połoniny Caryńskie – wydawało się niesamowitym osiągnięciem. – Z perspektywy kilku lat i iluś startów, uważam, że to jest bieg średniotrudny. Do tej pory najtrudniejsza dla mnie była Łemkowyna – 150 kilometrów. Bardzo trudny był też Zugspitz Ultratrail rozgrywany w Niemczech, w Alpach. To bieg z bardzo trudnym technicznie podłożem – jest dużo skał. Ale bardzo ważne jest, żeby robić to wszystko stopniowo, żeby zebrać się i iść na trening z nowym wyzwaniem.

Piotr Sikorski (zbieżność nazwisk z Jackiem – przypadkowa) przygodę ze sportem zaczął w podstawówce. – Roznosiła mnie energia – mówi. – Był kiedyś taki klub MLKS Rodło Piła. Tam trenowałem tenis stołowy, z którego wszyscy się śmiali. Ale można było dobrze się przygotować fizycznie i motorycznie, bo jednak przy stole trzeba było trochę pomachać ręką i trochę popracować na nogach. Według mnie to było bardzo dobre podłoże do biegania. Potem była jeszcze odrobina koszykówki, ale w 2000 roku wyeliminowały mnie kontuzje barków i skupiłem się na bieganiu. Był półmaraton w Pile, później maratony gdzieś w Polsce, aż w końcu przejście na ultra. Góry cały czas wołały. Trzeba było pojechać na Rzeźnika, do Krynicy, do Szczawnicy… Nie mam jeszcze Łemkowyny, ale myślę, że z biegiem czasu te 150 kilometrów pęknie.

Nie znaczy to jednak, że ultrasi w ogóle nie biegają po asfalcie. Piotr bywa pacemakerem, czyli wyznaczonym przez organizatora „zającem”, który biegnie „na wyznaczony czas”, nadając tempo innym biegaczom, którzy chcieliby przybiec na metę z podobnym rezultatem. Z kolei Jacek jest multidyscyplinarny: oprócz biegów ultra uprawia triatlon, biegi na nartach, a raz w roku z kolegami z pracy jedzie na maraton do którejś z europejskich stolic. Ostatnio byli w Oslo.

Dla Piotra każdy bieg ultra to przygoda. – Oczywiście, że chodzi też o granice. Ciężko się przygotować tak, żeby 100 czy 150 kilometrów przebiec równo. Wiadomo, że końcówkę biegnie się już bardziej głową niż mięśniami. Trzeba sobie wszystko poukładać. Ja staram się od początku do końca cieszyć każdym kilometrem i nie patrzeć za dużo na zegarek. Wiem, że wielu ludzi powie, że ze mną jest coś nie tak, ale ja się delektuję tym bólem, uwielbiam te emocje, kiedy wiem, że zostało mi dziesięć kilometrów, że choćby nie wiem co się działo, muszę dać radę. Dla mnie to jest przygoda. No i oczywiście góry.

Ultrasi: Radek Łożyński, Jacek Sikorski, Piotr Sikorski. Fot. Marcin Maziarz
Ultrasi: Radek Łożyński, Jacek Sikorski, Piotr Sikorski. Fot. Marcin Maziarz

Jacek mówi o szukaniu osobistych granic. – To co dla jednego jest czymś łatwym do osiągnięcia, bo ma odpowiednie predyspozycje, dla drugiego będzie sufitem, którego nie przebije. Chcę sprawdzić ile jeszcze mogę, czy dam radę, czy sprostam trasie, czy sprostam pogodzie, bo bywa tak, że to pogoda rozdaje karty.

Ale nie ma złej pogody na bieganie. – To kwestia doboru stroju – mówi Radek. – Startujemy i w lipcu, i w styczniu. Trzeba tylko dostosować sprzęt. Zimą to będą na przykład buty z kolcami albo nakładki z kolcami.

Jacek szczególnie wspomina trzecią edycję Łemkowyna Ultra Trail. – Pogoda była taka, że z trasy zeszło tylu ludzi, że organizatorzy myśleli, że na kolejną edycję nie zapisze się już nikt. Zapisało się jeszcze więcej. Bywa, że przez pogodę trudniejszy niż osiemdziesiątka czy setka, jest maraton. Szukam nowych miejsc: nowe góry, nowe miejsca, nowi ludzie. A w sensie wyzwania, to bardziej personalnie: czy dam radę, czy dam się złamać.

Czasem do wyzwań dochodzi jeszcze bezsenna noc, a czasem dwie. Przed takim wyzwaniem stoi Radek, przed którym kolejna bariera do pokonania: 240 kilometrów. – Bieganie w nocy ma niepowtarzalny urok – mówi. – Nigdy nie chciało mi się spać, zobaczymy jak będzie w tym roku. Mam zamiar podjąć rękawicę i wystartować w Festiwalu Biegów Górskich. Na tym dystansie to będą dwie noce. Bieg zaczyna się o osiemnastej w czwartek, a limit wynosi 52 godziny. Ja celuję w okolice czterdziestu, ale tak czy inaczej to będą dwie noce. Dla mnie bieganie w nocy jest wspaniałe. Może komuś wyda się dziwne, że można z własnej chęci wbiec w zupełnie obcy las, mając tylko czołówkę na głowie. Ale dzieje się wtedy coś takiego, że jestem tylko ja, las, ścieżka. Nie zastanawiam się czy cokolwiek w tym lesie czyha, tego po prostu nie ma. Wrażenie jest niesamowite.

– To wręcz stan bliski medytacji – dodaje Jacek. – Człowiek trochę zatraca się w biegu, nie patrzy na zegarek, nie patrzy na tempo, myśli się odrywają, nie myślimy, że coś boli, ile kilometrów zostało do końca. Naprawdę trzeba tego spróbować i myślę, że niejednego by to zaskoczyło, jak psychika się zachowuje w takim biegu.

– Jedyne czego nie robić, to nie myśleć o mecie – mówi Radek. – Jeżeli ktoś na osiemdziesiątym kilometrze pomyśli „o kurczę, jeszcze siedemdziesiąt”, to to jest naprawdę zły pomysł. Lepiej myśleć o następnym punkcie.

Ważna jest też logistyka. Trzeba myśleć o nawodnieniu i dostarczeniu energii, a rozłożenie punktów żywnościowych na trasie wygląda różnie – nie ma standardu i są biegi, w których punkty żywnościowe są co 10 kilometrów (np. Zugspitz), a są takie, w których na osiemdziesięciokilometrowej trasie są tylko dwa miejsca, w których można uzupełnić spalone i wypocone zasoby. Trzeba myśleć na ile uzupełnić je od razu, a ile zabrać na dalszą drogę.

W niektórych biegach ultra w niektórych punktach są przygotowane także miejsca, w których można się przespać. Trzeba jednak pamiętać, że czas ucieka… Zdarza się, że uczestnicy muszą się poddać i zejść z trasy. – Myślę, że jest ich w granicach trzydziestu procent – mówi Radek. – W biegach, w których warunki są ekstremalne, może być i połowa.

– Na Łemkowynie, o której mówiłem, na ponad czterystu startujących, do mety dotarło chyba stu czterdziestu – dodaje Jacek.

Ale to tylko motywuje do powrotu za rok.

Gdzie w regionie najlepiej przygotować się do biegów ultra? – Zdecydowanie Kuźnik – mówi Radek. – Można tu znaleźć ścieżki, które dobrze symulują góry. Trochę brakuje długich podbiegów, ale są krótkie i intensywne. Drugie miejsce to Zawada i okolice – tam też są górki, na których naprawdę można się zmęczyć.

A co z Giro Di Zawada? Klub pozostaje nieformalny i nadal bardzo towarzyski. Kto chce do niego przystąpić i ma już osobę wprowadzającą, musi przetrwać trzy rzeczy: ultramaraton, morsowanie i klubowe ognisko…

Jeżeli przeczytawszy ten tekst, stwierdziłeś „ej, fajny ten Magazyn67”, możesz to okazać lajkując go: