Ryś Piernik sfotografowany przez Remigiusza Wojterę w okolicy Kuźnicy Czarnkowskiej. Fot. Remigiusz Wojtera
Ryś Piernik sfotografowany przez Remigiusza Wojterę w okolicy Kuźnicy Czarnkowskiej. Fot. Remigiusz Wojtera
360°Bliskie podróżeCzas wolny i przyjemnościLudzie

Jak ryś Piernik próbował fotografować…

W połowie listopada te zdjęcia obiegły Polskę. Fotograf przyrody Remigiusz Wojtera sfotografował rysia Piernika zainteresowanego aparatem fotograficznym i plecakiem ze sprzętem. Jak doszło do spotkania w okolicy Kuźnicy Czarnkowskiej i dlaczego udało się sfotografować dzikiego kota w tak nietypowej sytuacji? Rozmowa z Remigiuszem Wojterą – autorem tych niezwykłych zdjęć.

Ryś Piernik sfotografowany przez Remigiusza Wojterę w okolicy Kuźnicy Czarnkowskiej. Fot. Remigiusz Wojtera
Ryś Piernik sfotografowany przez Remigiusza Wojterę w okolicy Kuźnicy Czarnkowskiej. Fot. Remigiusz Wojtera

Szukał pan Piernika, czy to Piernik znalazł pana?

Piękno przyrody polega między innymi na jej nieprzewidywalności. Podobnie było ze zdjęciami rysia. Oczywiście wiedziałem, że w okolicy Trzcianki zostały wypuszczone do lasu rysie. Widziałem też zdjęcia i filmik ze spotkań z tymi pięknymi kotami. Są to jednak bardzo ostrożne i skryte zwierzęta, dodatkowo w okresie adaptacji w nowym środowisku, dlatego nie chciałem ich niepokoić poszukiwaniami. Aż któregoś dnia zadzwonił znajomy, mówiąc, że właśnie obserwuje Piernika i żebym przyjechał zrobić zdjęcia. Ryś czekał przy swojej ofierze.

Czyli to był spontaniczny wyjazd?

Tak.

Jak wyglądało samo spotkanie?

Ryś odpoczywał na otwartej przestrzeni, w sąsiedztwie drogi wojewódzkiej. Nie zwracał specjalnej uwagi na przejeżdżające samochody. Niektórzy kierowcy zwalniali, a nawet zatrzymywali się i próbowali zrobić zdjęcie komórką. Chwilę obserwowaliśmy go z ukrycia w oddali. Ustawiłem jeden aparat na statywie i włączyłem nagrywanie filmu. Żeby nie niepokoić rysia, z drugim aparatem odszedłem od statywu. Piernik nagle wstał, ziewnął, przeciągnął się i spokojnie podszedł do statywu z aparatem. Takiego zachowania się nie spodziewałem.

Dziś takie spotkanie z rysiem Piernikiem. Martwiłem się, że daleko jest i zdjęcia będą słabe. Gdy odszedłem od aparatu…

Opublikowany przez Wojtera Fotografia Czwartek, 12 listopada 2020

Jak pan zachowywał się w tym czasie?

Zamarłem i pozostałem w bezruchu obserwując rysia z kilkudziesięciu metrów. Mam aparat z teleobiektywem, dlatego mogłem bezpiecznie udokumentować zdarzenie.

Ryś nie zareagował na dźwięk migawki?

Zdjęcia były robione z kilkudziesięciu metrów, do tego mogę w aparacie ustawić tak zwaną „cichą migawkę” – to bardzo pomaga przy fotografowaniu dzikich zwierząt. Pod jednym z moich zdjęć – chyba żubrów – na Facebooku, ktoś napisał, że zwierzęta mi pozują. Ja czasami mam wrażenie, że one wiedzą, że nic im z mojej strony nie grozi i mimo doskonałych zmysłów wzroku, słuch i węchu, nie zwracają na mnie uwagi i pozwalają zrobić sobie zdjęcie. Staram się nie naruszać ich strefy bezpieczeństwa, a dzięki dobremu sprzętowi fotograficznemu mogę zrobić zdjęcie portretowe z kilkudziesięciu metrów.

Ryś Piernik wypoczywający po obfitym posiłku w pobliżu DW 178.
Wielkopolski Zarząd Dróg Wojewódzkich w…

Opublikowany przez Wojtera Fotografia Piątek, 27 listopada 2020

Mówił pan, że ryś pilnował ofiary.

Ofiarą rysia był młody jeleń. Jest to zwierzę znacznie większe od rysia i stanowi dla niego posiłek na kilka dni, dlatego po upolowaniu jest pilnowany. Odbywa się to jednak z pewnego dystansu. Piernik odpoczywał kilkanaście metrów od swojej ofiary, więc nie zakłóciliśmy mu obiadu. Ryś po odejściu od statywu podszedł do jelenia, posilił się chwilę i odszedł od niego dalej odpoczywać. Nie był mną zainteresowany.

Jak długo mogła trwać cała sytuacja?

Krótko, jakieś dwie – trzy minuty. Piernik podszedł, obwąchał plecak, popatrzył na aparat i wprowadził mnie w osłupienie, gdy łapą dotknął plecaka. To był moment strachu nie tylko o sprzęt ale i rysia, który mógłby się niepotrzebnie spłoszyć, gdyby statyw się przewrócił, albo mógł zostać uderzony upadającym sprzętem. Na szczęście skończyło się na ciekawości i ryś wrócił pilnować swojej ofiary. Gdy się oddalił, wycofaliśmy się ze znajomym, zabraliśmy sprzęt i odeszliśmy, aby Piernik mógł spokojnie odpoczywać.

Zdarzyło się panu wcześniej spotkać rysia na wolności?

Dużo czasu spędzam chodząc po lesie i spotykam wiele zwierząt – mniejszych i większych. Z żyjących w Polsce ssaków drapieżnych nie spotkałem do tej pory jedynie niedźwiedzia. Nie wszystkie spotkania kończą się jednak zdjęciami. Już wcześniej zrobiłem zdjęcia rysia, jednak z dużej odległości.

Od jak dawna zajmuje się pan fotografią przyrodniczą?

Moja przygoda z fotografią zaczęła się pod koniec lat siedemdziesiątych, gdy znalazłem stary aparat Druh mojego taty. Pamiętam też, jak dostałem mój pierwszy aparat Ami 66, do którego bez pomocy taty nie umiałem założyć kliszy. Było to swego rodzaju oswajanie się z aparatem. Później chodziłem na zajęcia fotograficzne do domu kultury w Trzciance, gdzie nauczyłem się wywoływać zdjęcia i całej obróbki w ciemni fotograficznej. Pasja się rozwijała i rodzice kupili mi pierwszego Zenita. To był przeskok technologiczny. Wówczas pasja zaczęła się bardzo mocno rozwijać, a ja stawiałem sobie kolejne wyzwania. Po pewnym czasie miałem już własną ciemnię w domu – spędzałem w niej każdą wolną chwilę.

Pamiętam jak pod koniec szkoły podstawowej – w połowie lat osiemdziesiątych – wyjechałem w ramach wymiany do NRD. Mielimy po 200 marek na pobyt. Nie kupowałem niczego. Przez dwa tygodnie kupiłem może raz lody i jakiś napój, a za ponad 190 marek przywiozłem do Polski materiały fotograficzne, których wówczas nie można było u nas kupić. Jakie to było szczęście mieć pierścienie pośrednie do makrofotografii, odczynniki… Aż łezka się w oku kręci na to wspomnienie. Czas technikum we Wronkach i kolejny, nowszy Zenit. Na pracę dyplomową zbudowałem zegar ciemniowy, który automatycznie dobierał czas naświetlania papieru fotograficznego.

Ze względu na ograniczenia sprzętowe, wtedy była to głównie fotografia pejzażowa i makrofotografia. Wówczas miałem okazję spotkać na swojej drodze fotografa przyrody – pana Tadeusza Budzińskiego, od którego otrzymałem jego album fotograficzny. Albumy fotograficzne Włodzimierza Puchalskiego zajmowały honorowe miejsce na półce i były inspiracją do poszukiwań inspiracji w fotografii czarno-białej. W latach dziewięćdziesiątych przyszedł czas na kolejny aparat analogowy Vivitar 2000V i znowu skok technologiczny: przede wszystkim obiektyw z zoomem i początki fotografii kolorowej. Lata dwutysięczne to pierwszy cyfrowy aparat Sony, później Olympus a obecnie pracuję cyfrowymi lustrzankami Nikon, do których mam kilka obiektywów, dzięki czemu mogę fotografować pejzaże, rośliny ale również małe i duże zwierzęta, również z dużej odległości.

Remigiusz Wojtera. Fot. Franciszek Wojtera
Remigiusz Wojtera. Fot. Franciszek Wojtera

Ulubione miejsca? Albo takie, w których jest duże prawdopodobieństwo, że zdarzy się coś ciekawego?

Fotografuję głównie w okolicach Trzcianki, w nadleśnictwach Trzcianka, Tuczno, Człopa, Krzyż Wielkopolski. Często odwiedzam te same miejsca o różnych porach roku, różnych porach dnia i przy różnej pogodzie. Czasami taka obserwacja trwa rok albo dłużej, zanim zrobi się ułożone gdzieś w głowie zdjęcie. Staram się mieć jednak zawsze aparat pod ręką na wypadek czegoś niespodziewanego.

Jak wygląda typowa wyprawa fotograficzna? Jedzie pan z konkretnym pomysłem?

Z tym jest bardzo różnie. Wiele zależy od możliwości czasowych i pogodowych. Nie wszystko da się zaplanować. Dużo chodzę po lesie bez aparatu, bo mój sprzęt to jednak ciężki plecak, wyszukuję miejsc do fotografowania, szukam śladów migracji zwierząt. Gdy znajdę coś ciekawego, dopiero wybieram się ze sprzętem, kamuflażem i prowiantem. Oczekiwanie na zwierzę zajmuje niekiedy długie godziny pozostawania w ukryciu, a nie każde wyjście kończy się sukcesem. Czasami też wybieram się na spacer po lesie z aparatem i staram się wypatrywać i podchodzić zwierzęta. Trzeba to jednak robić bardzo ostrożnie, bo zwierzęta mają doskonałe zmysły i potrafią wyczuć zapach człowieka zanim znajdą się w polu widzenia.

Mój trzynastoletni syn w miarę możliwości wybiera się ze mną na bezkrwawe łowy i widzę, że cieszą go zdjęcia. Razem fotografujemy głównie krajobrazy. Wielogodzinna zasiadka wymaga ciszy i lepiej wówczas być samemu – ja oczekuję w jednym miejscu, a on w drugim. Nie ma wówczas pokusy do rozmów. Przeważnie wyprawa ma określony cel, czasami jest to wschód słońca, czasami zachód słońca, czasami żubry, a czasami zające, bobry czy zimorodki. To jednak wymaga wcześniejszego poznania terenu i miejsc bytowych danego gatunku zwierzyny. Choć oczywiście zdarzają się niespodzianki. Pamiętam jak czekając na bobra kolejny poranek, nadleciały dwa bieliki, a po chwili z trzcin wyszedł lis, który dłuższą chwilę chodził po brzegu stawu i pozował do zdjęć.

Remigiusz Wojtera. Fot. Franciszek Wojtera
Remigiusz Wojtera. Fot. Franciszek Wojtera

Syn złapał bakcyla fotografii przyrodniczej?

Syn robi ciekawe zdjęcia, ma swój styl i dobre oko do ujęć. Bardzo mnie to cieszy, że możemy w ten sposób wspólnie spędzać czas. Fotografia krajobrazu czy roślin daje możliwość rozmawiania. Fotografowanie zwierząt wymaga absolutnej ciszy. Jesteśmy gośćmi w lesie czy na łące i jeżeli chcemy mieć ładne zdjęcia, zwierzęta nie mogą wiedzieć o naszej obecności. Wówczas zachowują się naturalnie i spokojnie.

Przypomniała mi się sytuacja, gdy czekałem na żubry. Przyszły 22 osobniki, lecz żerowały na drugiej stronie zrębu, wyraźnie nie chcąc iść w moim kierunku. Chcąc zrobić zdjęcia, musiałem przejść niezauważony sto metrów lasem w ich kierunku. Zajęło mi to dwie godziny. Zrobiłem wówczas zdjęcie krowy z małym cielakiem, po czym cierpliwie czekałem kolejne godziny, aż stado się oddali, żebym mógł odejść nie płosząc zwierząt.

Jak zacząć przygodę z fotografią przyrodniczą? Sprzęt? Ubrania? Wybór miejsc?

Najlepszym aparatem do fotografowania jest ten, który posiadamy. Z czasem możemy zmienić na lepszy i jeszcze lepszy. Aparat to tylko narzędzie, zdjęcie robił i nadal robi człowiek. Zdjęcie powstaje w głowie fotografa. Oczywiście nie każdym aparatem da się zrobić każde zdjęcie. Chcąc fotografować dzikie zwierzęta, konieczne jest poznanie zwyczajów danego gatunku, biologii oraz okresów, w których bezwzględnie nie możemy się do nich zbliżać. Życie w lesie ma swój rytm, jest okres godów, rozrodu, opieki nad potomstwem, w którym szczególnie nie należy się zbliżać do zwierząt, a już absolutnie nie można dotykać spotkanych młodych. Zawsze w takiej sytuacji pozostanie nasz zapach, a to może spowodować porzucenie lub pozostawienie bez ochrony przez jakiś czas bezbronnego pisklaka, zajączka czy sarenki. Zawsze też musimy pamiętać, że są to dzikie zwierzęta, które naturalnie chronią się przed nami ucieczką, ale w sytuacjach zagrożenia mogą być niebezpieczne o czym niekiedy słyszymy w mediach. Fachowcy zalecają nie zbliżać się do zwierząt na mniej niż 50 metrów. Proszę jednak zauważyć, że żubr taką odległość pokona bez trudu w cztery sekundy – my tak szybko nie biegamy.

Ja uwielbiam wschody słońca, piękno poranka, budzącego się dnia, śpiew ptaków głodnych po nocy i intensywnie poszukujących pożywienia. Jednak coś ciekawego dzieje się o każdej porze dnia. Największego dzika spotkałem w samo południe. Obudził się i wyszedł pochodzić po drodze, a ja siedziałem kilkanaście metrów od tego miejsca. Im bardziej wtopimy się ubraniem w środowisko, tym mniejsze są szanse, że zostaniemy zauważeni. Musimy jednak pamiętać o tym, że choć komórki robią coraz lepsze zdjęcia, nie zrobimy nimi takich zbliżeń jak aparatem wyposażonym w teleobiektyw. Komórką można za to bez problemu robić ładne krajobrazy, a nawet zdjęcia małych mieszkańców lasu – owadów.


Ryś Piernik trafił na okładkę kalendarza na rok 2021, ilustrowanego zdjęciami pana Remigiusza i jego syna Franciszka. Kalendarz można zamówić tutaj:


A jeżeli lubisz Magazyn67, polub go także na Facebooku:

Marcin Maziarz
Wydawca Magazynu67. Zakochany w regionie nad Gwdą i Notecią oraz w Pojezierzu Wałeckim. Ceniący i chętnie odwiedzający krainy nieco dalsze: Pojezierza: Drawskie i Szczecineckie, Kaszuby i wybrzeże Bałtyku ze szczególną atencją dla Półwyspu Helskiego i Zatoki Puckiej. Uzależniony od poszukiwania miejsc, w których jeszcze go nie było, od słuchania ludzi, którzy mają coś do powiedzenia i od spisywania historii, które mają sens. Do tej listy rodzina dodałaby jeszcze „weź, nie rób już tylu zdjęć”. Od czasu do czasu pokazuje się w TV Asta. Prywatnie tata dwóch synów i niemąż jednej nieżony.