Jacek Winckiewicz. Człowiek, który wymyślił Truskawkowe Pola. Fot. Marcin Maziarz
Jacek Winckiewicz. Człowiek, który wymyślił Truskawkowe Pola. Fot. Marcin Maziarz
IdeeLudzieNieruchomości

Truskawkowe Pola. Z marzeń o lepszym miejscu do życia

Reklama

Na skraju wsi Dębe koło Lubasza powstaje dom. Dość niezwykły na dzisiejsze warunki: bez styropianu i prefabrykatów – z gliny, drewna i innych naturalnych materiałów. Charakterystycznej elewacji ze skośno ułożonych, ciemnych desek nie da się pomylić z żadną inną. To dom rodziny Jacka Winckiewicza – pierwszego zasadźcy na Truskawkowych Polach. Finalnie ma tu powstać pierwsza w regionie ekowioska. Co sprawia, że grupa mieszkańców Poznania chce porzucić wielkie miasto i zamieszkać na skraju Doliny Noteci?

Rozmawiał: Marcin Maziarz
Zdjęcia: Marcin Maziarz

Jacek Winckiewicz. Człowiek, który wymyślił Truskawkowe Pola. Fot. Marcin Maziarz
Jacek Winckiewicz. Człowiek, który wymyślił Truskawkowe Pola. Fot. Marcin Maziarz

Co to są Truskawkowe Pola?

W zamyśle – bo jesteśmy na początku drogi – tak zwana ekowioska.

Ale nie widzę truskawek…

Truskawki się schowały. Na razie jest więcej poziomek niż truskawek. Przy takim terenie tych pięćset sadzonek, które posadziliśmy, zniknęło. Faktycznie, jeszcze ich nie widać.

Skąd się tutaj wzięliście?

Wzięliśmy się z Poznania – przynajmniej w dużej większości. Jeżeli ktoś patrzy na nas z boku, może nas uznać za grupę mieszczuchów, którym znudziło się w mieście, kupili sobie kawałek ładnej ziemi i wyprowadzają się na wieś.

Stoi już pierwszy, ale nie ostatni dom…

To jest pierwszy dom, który ja buduję – jestem totalnym amatorem, więc wykonuję tutaj tylko proste rzeczy. Budujemy w technologiach naturalnych, co trochę zbliża do zwykłego człowieka temat budowy. Staramy się wykorzystywać materiały takie jak drewno, glina, słoma bardziej niż kupiony w sklepie styropian. I faktycznie jest to pierwszy dom, bo jestem pierwszą osobą, która tutaj się pojawiła i zebrała tę grupę. Na tę chwilę mamy sześć rodzin, więc będzie tych domów przynajmniej kilka.

Przynajmniej? Może być kilkanaście?

Być może, natomiast musiałyby to być małe domki, ponieważ nie chcemy tutaj uprawiać żadnej deweloperki, budować szeregowców i zagęszczać zabudowy. To miejsce – jak widzisz – jest ładne i takim ma pozostać. Nie chcemy zanadto wpływać na naturę, która rządzi się tutaj swoimi prawami. Założenie jest takie, że każdy ma przynajmniej ten hektar ziemi dookoła siebie.

Powiedziałeś, że ktoś kto patrzy na was z boku może mieć wrażenie, że jesteście grupą mieszczuchów, którzy postanowili wyprowadzić się na wieś. Co tak naprawdę stoi za waszym pomysłem? Jaka jest wasza historia?

Tutaj musiałbym wspomnieć o permakulturze, minimalizmie…

Wspominaj.

Oj, musielibyśmy umówić się na dłuższe spotkanie o permakulturze. W każdym razie uciekamy od konsumpcjonizmu, uciekamy pewnie troszeczkę od cywilizacji, chcemy być mniej zależni od systemu, uzyskać pewną samowystarczalność w zakresie wyżywienia, pozyskiwania energii, edukacji, wychowywania dzieci. Wielu z nas zamierza przebranżowić się zawodowo, albo już to zrobili. W zasadzie nikt z nas nie ma doświadczenia rolniczego, natomiast każdy z nas w jakiejś formie chce wytwarzać żywność ekologiczną i chcemy wewnątrz grupy, ale także na zewnątrz, tą żywnością się wymieniać. Może w przyszłości wytworzymy jej na tyle dużo, żeby ją sprzedawać, czy sprzedawać jakieś przetwory. Natomiast przede wszystkim chcemy wyżywić siebie, swoje rodziny i przyjaciół.

No i tutaj pojawia się permakultura, która jest słowem-kluczem. Tak naprawdę chodzi o projektowanie permakulturowe – tak się nazywa ta nauka – o system projektowania. Nie mam pojęcia jak w kilku zdaniach nakreślić co to jest.

Uprawa podporządkowana naturze?

Nie. Większość ludzi, którzy mają jakiś kontakt z ogrodnictwem, z sadownictwem, kojarzą permakulturę z jakimś sposobem budowy grządek. Nie, permakulturowe może być wszystko. Projektować permakulturowo można firmy czy organizacje. Aczkolwiek ta nauka czy system projektowania wywodzi się z rolnictwa. Jest to zbitka słów „permanent”i „agriculture”. Chodzi o to, że rolnictwo, które mamy w tej chwili w przeważającej części na całym świecie – także w Polsce – nie jest permanentne, nie potrafi się utrzymać bez stałego dopływu energii, środków z zewnątrz. Mówię tu przede wszystkim o wszelkich nawozach sztucznych czy tak zwanych środkach ochrony roślin. Oczywiście do tego ropa, maszyny i tak dalej. Permakultura stara się wytwarzać systemy, które funkcjonują same. Czyli mamy stały obieg energii i materii na przykład wewnątrz gospodarstwa, czy takiej osady, i ona docelowo – jak już będzie dojrzała – nie będzie wymagała dowożenia czegoś tam z zewnątrz. Czyli mamy wiedzę, nasiona, nawóz… Cokolwiek jest potrzebne, wytwarzamy raczej sami, niż pozyskujemy z zewnątrz, a już na pewno nie pozyskujemy nawozów sztucznych w workach z plastiku.

Nie wiem czy nie nagrzeszę przeciwko twojemu światopoglądowi, jeżeli powiem, że to takie perpetuum mobile?

W pewnym sensie tak, chociaż perpetuum mobile kojarzy się z maszyną, a tu jednak staramy się być bliżej natury niż maszyn. Ale też nie robimy z siebie wariatów, którzy wracają do epoki kamienia łupanego i zamierzają dłubać paznokciami w ziemi, żeby tylko nie użyć łopaty albo nawet koparki. Tak naprawdę w permakulturze robiąc daną rzecz, powinno się przeliczyć jaki jest pełny koszt energetyczny zrobienia czegoś wersus ilość energii, jaką dana rzecz wytworzy. Czyli na przykład bez większych wyrzutów sumienia wynająłem koparkę na kilka godzin, żeby wykopać jakieś tam rowy, ale w tych rowach zbierze się woda, za rowami są wały, a na wałach rosną drzewa i inne rośliny, które przez wiele lat będą lepiej funkcjonowały dzięki temu, że ta koparka wykopała rowy, w których zbierze się woda, zbierze się humus i tak dalej.

Pierwszy dom na Truskawkowych Polach. Fot. Marcin Maziarz
Pierwszy dom na Truskawkowych Polach. Fot. Marcin Maziarz

Jeszcze trochę podrążę: dlaczego?

Ludzie mają różne motywacje. Mają dość tego świata, dość konsumpcji… Akurat w moim przypadku zaczęło się od jedzenia. Zawsze z żoną staraliśmy się odżywiać dość zdrowo. Natomiast kiedy urodziło nam się dziecko i dziecko zaczęło jeść stałe pokarmy, było mi głupio pójść do marketu i kupić pomidora, który nie wiadomo skąd przyjechał i z czego powstał. I to był pierwszy impuls i pierwsza grządka na małej działeczce.

Czyli próbowaliście już w Poznaniu…

Tak, mamy ogród przy domu, więc coś tam próbowaliśmy, natomiast jak coś robię, to często się rozpędzam i… No i wychodziły kolejne tematy: że fajnie, że trochę żywności, ale w zasadzie przydałoby się więcej ziemi, ale okazuje się, że dom zbudowany ze styropianu i tak dalej, też nie jest zbyt zdrowy, więc w sumie można by pomyśleć nad jakimś zdrowym domem, nad zdrowszym powietrzem, nad zdrowszą społecznością wśród której się obracamy, edukacją domową, którą też fajniej organizuje się w grupie… Po pewnym czasie okazało się, że optymalną formą, w jakiej może żyć taki dziwny człowiek jak ja, jest ekowioska. Zacząłem szukać takich ekowiosek w Polsce – bo chciałem raczej zostać w Polsce – no i okazało się, że nie bardzo są. Albo jest jakaś sekta, z którą nie bardzo chciałem mieć do czynienia, albo kilka projektów, które jeszcze się nie wydarzyły, lub zdążyły upaść. Większość takich projektów w Polsce, niestety, upadło. Po wielu różnych próbach, konfiguracjach, stwierdziłem, że chyba nadeszła pora, żeby zrobić swoją ekowioskę. I to się właśnie dzieje.

A jak trafiliście do Dębego?

Jeździłem w zasadzie po całej Polsce, ale cały czas krążyłem po Wielkopolsce, bo jestem związany z Wielkopolską rodzinnie, mam tu większość przyjaciół, pracę. Z jednej strony chciałem być gdzieś w Wielkopolsce, z drugiej – marzyły mi się górki i pagórki, teren bardziej urozmaicony, niż zazwyczaj bywa w Wielkopolsce. Cudem trafiłem w to miejsce, i – mimo że przez rok oglądałem wiele różnych miejsc – jak tu przyjechałem, od razu wiedziałem, że to jest to.

Wspomniałeś o sferze społecznej – chcecie tu budować własną społeczność?

Tak, zakładamy sektę. (śmiech)

Absolutnie nie miałem tego na myśli.

Zdaję sobie sprawę, że bardzo często takie grupy w ten sposób są postrzegane, i trudno – nie będę na siłę nikogo wyprowadzać z błędu. Z jednej strony nie robimy jakiejś hipisowskiej komuny, w której w jednym domu mieszka dwadzieścia osób, a z drugiej – nie robimy osiedla domków jednorodzinnych, gdzie każdy postawi sobie płot i będzie miał to samo co w Poznaniu, tylko trochę więcej ziemi. Zupełnie nie o to nam chodzi. Chcemy żyć obok siebie, ale razem. Robić pewne rzeczy wspólnie, ale też mieć fizyczne miejsca wspólne, żeby się spotykać, czasem coś razem zjeść, ugotować. Ale nie codzienne śniadanie o ósmej – nie o to chodzi. Staramy się to robić z dużym luzem, żeby też nie generować konfliktów, które bardzo często takie projekty sypią. Jest też wiele spraw praktycznych. Każdy z nas będzie potrzebował dobrej siekiery, dobrej wkrętarki, dobrych innych urządzeń. Po co kupować pięć słabych, jeżeli można złożyć się na jedno solidne. I to już się dzieje.

Co robicie zawodowo?

Każdy jest z innej bajki. To w ogóle jest śmieszne, bo często w takich grupach ludzie są homogeniczni. Na przykład umawiają się ze sobą weganie buddyści, siedzą i klepią się po plecach, że jest super i „tak, masz rację”.

I już mamy sektę…

Na pewno chcesz iść w tę stronę? U nas jest śmiesznie, bo ludzie są różni. Są cyfrowi nomadzi, którzy siedzą w IT czy grafice – tak jak ja – ale jest i budowlaniec, jest behawiorysta od zwierząt, który pracuje w zoo z tygrysami… Każda osoba jest kompletnie z innej bajki. Poglądy też mamy dosyć różne, ale mimo że mamy inny background, udaje nam się zdrowo komunikować. Praca nad komunikacją to jest kolejny temat, który jest jeszcze przed nami, bo jeszcze tu nie mieszkamy na dobre. W tej chwili jestem tu sam, a reszta przyjeżdża i wyjeżdża – są przyczepy campingowe i baraki.

Jak się spotkaliście?

To moja rekrutacja w internecie.

Truskawkowe Pola. Fot. Marcin Maziarz
Truskawkowe Pola. Fot. Marcin Maziarz

Można jeszcze do was dołączyć?

Tak. Nie jest to takie proste. Nie dlatego, że mamy jakiś gęsty proces rekrutacji, choć to też jest ważne. Udało nam się wypracować jakąś formułę i fajnie się w grupie dogadujemy. Byłoby nam głupio przyjąć osobę, która byłaby na przykład kłótliwa. Ale to działa w dwie strony: ta osoba z nami też nie czułaby się dobrze. Jeśli ktoś chce do nas dołączyć, to ma przyjeżdżać, serdecznie zapraszamy. Jest co robić, bo to też jest ważne. Jak ktoś przyjedzie, to jest krok do przodu. Ludzie często piszą w internecie, że coś by chcieli. W Polsce są tysiące ludzi, którzy chcieliby założyć lub dołączyć do ekowioski. Tyle że większość z nich nic nie robi, ogranicza się do gadania. Ja mam dosyć gadania, stąd ten ruch żeby samemu zrobić coś, skoro nic się nie dzieje – zwłaszcza w okolicy. Jak najbardziej można przyjechać i musimy się poznać, a poznać się można najlepiej robiąc coś razem.

Pomagając przy budowie domu?

Budowa domu to jest może trudniejszy temat, ale jak budujemy na przykład jakąś kopułę czy sadzimy drzewka, przyjeżdżają znajomi, nieznajomi, biorą udział nawet dzieci. Zawsze jest coś do zrobienia i wtedy – uważam – dużo lepiej poznaje się człowieka. Oczywiście później robimy sobie piknik, ognisko, możemy sobie posiedzieć i pogadać, ale uważam, że cenne jest zrobienie czegoś.

Żeby dołączyć, trzeba by mieć też kawałek ziemi. I tutaj są różne możliwości. Staramy się kupić jeszcze kawałek ziemi od jednego gospodarza, ktoś od nas ma trochę za dużo ziemi, więc chciałby się nią podzielić. Są różne opcje, ale najpierw trzeba przyjechać, dogadać się i wszystko opowiemy.

Wróćmy jeszcze do truskawek. Planujecie coś na kształt ogrodu społecznego albo społecznej uprawy?

Wszystko co robimy, jest czymś na kształt społecznej uprawy – zwłaszcza to, co robimy w części wspólnej. Ona jest społeczna dla nas, ale też bardzo chętnie zaprosimy osoby z zewnątrz. Pewnie jest na to jeszcze trochę za wcześnie, ale rozmawiałem już z Urzędem Gminy w Lubaszu i w Czarnkowie, żeby zaprosić tutaj szkoły czy przedszkola. Bo to w sumie trochę śmieszne, że w tej chwili ludzie z tak zwanej wsi często po marchewkę idą do Biedronki. A my chcielibyśmy pokazać dzieciom, że można zrobić coś samemu, że to jest fajna zabawa i że warto to zrobić niekoniecznie w skali hektarów. Bo permakultura – wracając do niej – daje metody jak coś zrobić efektywnie niekoniecznie strasznie się przy tym męcząc i pieląc godzinami.

Chcecie kiedyś uzyskać swój kod pocztowy?

Nie, zupełnie nie było takich pomysłów. My raczej – wydaje mi się – będziemy obok systemu niż starali się z nim walczyć czy tworzyć coś nowego. Ogarniamy minimum tego co trzeba w systemie, czyli płacimy podatki i składki na ZUS, ale generalnie dziękujemy za współpracę i damy radę sobie sami. (śmiech)

Punk’s not dead?

Takiego backgroundu raczej nie mamy, ale… Tak. Mamy jakieś części wspólne.

Reklama