Sebastian Jankun. Fot. Marcin Maziarz
Sebastian Jankun. Fot. Marcin Maziarz
Ludzie

Pan Sebastian na wirażu

Najpierw był żużel – historia prawie jak z filmu, w którym jedenastolatek odkrywa pasję, której poświęca każdą chwilę. Później, obok kibicowania, pojawiło się radio, aż w końcu założył najpopularniejszy portal o sporcie w regionie. Po siedmiu latach przekazał go w nowe ręce. I właśnie to zdarzenie stało się pretekstem do podsumowania ponad dwudziestu lat spędzonych na oglądaniu pilskiego sportu od środka i łączeniu pasji z pracą nauczyciela, a przez ostatnią dekadę – coacha w międzynarodowej korporacji.

Rozmowa z Sebastianem Jankunem miała miejsce 15 listopada 2017 r. i ukazała się w drugim numerze Magazynu67 (kwiecień – maj 2018).

Sebastian Jankun. Fot. Marcin Maziarz
Sebastian Jankun. Fot. Marcin Maziarz

Kiedy umawialiśmy się na tę rozmowę, poprosiłem cię, żebyś wybrał swój ulubiony obiekt sportowy w Pile. I oto siedzimy na stadionie przy Bydgoskiej…

Wybór nie był trudny. Na tym stadionie regularnie spędzam czas od roku 1992. Wierny kibic pilskiej Polonii, wierny kibic pilskiego sportu – nie tylko tego jednego klubu, nie tylko tej jednej dyscypliny. Cóż więcej rzec…

Na przykład jak trafiłeś tu pierwszy raz.

Historia – mógłby ktoś powiedzieć – prawie na film. Wrócę do roku 1992. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że jest taka dyscyplina sportu jak żużel. Byłem uczniem szkoły podstawowej na osiedlu Górnym – tam jeszcze chwilę wcześniej mieszkałem, ale przeprowadziliśmy się na Zamoście. Los tak sprawił, że do szkoły dojeżdżałem autobusem. Pamiętam, że był to autobus linii numer siedem. Po zajęciach szkolnych, wracając na osiedle Zamoście do domu, kiedy autobus zatrzymał się na przystanku na wysokości stadionu, usłyszałem dźwięki, których do tej pory nie znałem – zdecydowany hałas. Mając wtedy jedenaście lat, byłem ciekawy świata. Postanowiłem wysiąść jeden przystanek wcześniej, i skierowałem kroki na Bydgoską, na stadion. I kiedy wszedłem na koronę stadionu, zobaczyłem motocykle, które poruszają się – wydawało mi się wtedy – wbrew prawom fizyki. Nienaturalnie skręcone koło – inaczej powinno to wyglądać względem kierunku jazdy. Mogę powiedzieć, że – tak jak ktoś wierzy lub nie wierzy w miłość od pierwszego wejrzenia – zakochałem się w sporcie żużlowym.

Na stadion wcześniej chodził twój tata?

Mój tata z zawodami żużlowymi miał do czynienia, ale nie była to jakaś wielka miłość. To były sporadyczne okazje. Wiadomo, że umieranie i odradzanie się sekcji żużlowej w Pile miało miejsce kilka razy. Tata miał też okazję oglądać zawody żużlowe poza Piłą. Z kolei moja mama ze swoim tatą w latach – o ile dobrze pamiętam – sześćdziesiątych, jako mała dziewczynka, przychodziła na Bydgoską, ale później nastąpił długi rozbrat z żużlem. Ale też do roku 1992, bo – skoro już zapytałeś o rodziców – zaczęliśmy tę miłość pielęgnować wspólnie. Dołączył jeszcze brat i nasza czwórka pojawiała się na każdych zawodach żużlowych – czy to zawody ligowe, turnieje towarzyskie, indywidualne, mecze sparingowe, a z tatą i bratem byliśmy najczęściej też na treningach.

Macie swój sektor?

Trudno nie mieć. Właśnie to ten 1992 rok, pierwszy kontakt z żużlem, pierwszy łuk, no i na tym pierwszym łuku pozostaliśmy. Jesteśmy wierni akurat tej części stadionu. Doskonale widoczny start, świetny widok na rozegranie pierwszego wirażu. To jest to ulubione miejsce.

Sebastian Jankun. Fot. Marcin Maziarz
Sebastian Jankun. Fot. Marcin Maziarz

Jak zostałeś dziennikarzem sportowym?

To co powiedziałeś – hasło „dziennikarz sportowy” – jest na wyrost. I nie mówię tego przez skromność, bo dziennikarzem z wykształcenia nie jestem, nie byłem, i też nigdy się nim nie poczułem. Może takim samozwańczym, bo kilkuletnia przygoda z paradziennikarstwem faktycznie stała się moim udziałem. A stało się to tak, że skontaktował się ze mną Wojtek Dróżdż, który prowadził wtedy audycję sportową w Radiu 100. Z jakichś względów nie mógł tej przygody w radiu kontynuować. Wiedząc wtedy, że jest taki Sebastian, który interesuje się nie tylko żużlem, ale w ogóle sportem w Pile, zapytał mnie, czy nie chciałbym objąć sterów tej właśnie audycji. Oczywiście było wiele obaw, brak jakiegokolwiek przygotowania do prowadzenia takiego programu, obawy przed odbiorem słuchaczy. Pamiętam dzisiaj największe obawy przed popełnianiem błędów językowych, przed tym jak moja barwa głosu będzie słyszalna w radioodbiornikach. Ale była też wielka pasja, no i ta pasja zwyciężyła. Postanowiłem spróbować. Była taka umowa, że to będzie jedno wydanie magazynu, może dwa, zobaczę jak się będę czuć. No i okazało się, że było to kilka lat w Radiu 100 w roli gospodarza programu „100 na godzinę”.

Usiadłeś pierwszy raz przed mikrofonem, zapaliła się czerwona lampka, i co się stało?

Gdyby blisko była toaleta, to pewnie wylądowałbym w niej. Niestety, była daleko, a lampka kazała pozostać w studiu. Wielki stres. Ogromny. I wielka niewiadoma: w którą stronę to popłynie. Nie pamiętam kompletnie, jakimi dyscyplinami się wtedy zajmowałem, o czym mówiłem. Pamiętam tylko mój nastrój: ogromny stres, ogromny strach i wyczekiwanie po magazynie na opinie najbliższych czy było tragicznie, czy średnio.

I jak było?

Do dzisiaj nie jestem przekonany, czy moi najbliżsi byli ze mną szczerzy, nie chcąc mnie może załamywać. W ich opinii było całkiem nieźle, ale ja z natury jestem dosyć krytyczny i pamiętam, że starałem się za wszelką cenę mówić pięknie, poprawnie, zaznaczając wszystkie końcówki ę, ą, ś, ć. Po magazynie dowiedziałem się, że jest to największy błąd jaki w radiu można popełnić.

A co powiedział Wojtek?

Szczerze przyznam, że nie pamiętam. Nawet nie wiem, czy odbyliśmy taką rozmowę, która miałaby oceniać mój „występ” radiowy. Wiem, że był – może nie wiernym i stałym – ale wiem, że był słuchaczem tego magazynu.

Widziałeś, że Robert Lewandowski pofarbował włosy?

Dzień zaczynam od przeglądu ulubionych stron internetowych. Wśród nich jest wiele stron sportowych. Zdążyłem taką informację zauważyć.

To ważne wydarzenie sportowe?

Zdecydowanie dla wielu kibiców Roberta Lewandowskiego jest to epokowe wydarzenie, a dla mnie – nie umniejszając fryzurze ani umiejętnościom Roberta – jeżeli dobrze się z nową fryzurą ma, to ja też się cieszę.

Trochę cię podpuściłem, bo zawsze wydawało mi się, że jesteś takim dziennikarzem sportowym, którego bardziej interesuje sport niż te wszystkie plotkowo-pudelkowe historie.

I tak właśnie jest. Nieszczególnie mnie to interesuje, ale skłamałbym, gdybym powiedział, że takiej informacji nie widziałem. Tak jak powiedziałem: jest szereg stron, od których zaczynam dzień i są wśród nich takie, które – niestety – coraz częściej sięgają po tego typu „niusy”.

Sebastian Jankun. Fot. Marcin Maziarz
Sebastian Jankun. Fot. Marcin Maziarz

Według ciebie dziennikarstwo sportowe będzie szło w tę stronę?

Stawiasz wysoko poprzeczkę, bo umawiając się na tę rozmowę, byłem przekonany, że będziemy dużo rozmawiali o żużlu czy siatkówce.

Będzie na to czas.

Znowu – nie przez skromność – nie do końca czuję się w kompetencji, aby na to pytanie odpowiedzieć. Ciężko mi oceniać warsztat dziennikarski i nazwać to jak powinien wyglądać ten właściwy. Mimo to moje wrażenie jest takie, że – pozostając przy tytułach internetowych – coraz częściej sięga się po informacje miałkie. Takie, które niewiele wnoszą do przeżywania sportu, a bazują na najprostszych ludzkich odruchach, najprostszych uczuciach. Tylko teraz pytanie: czy należałoby to potępiać, czy raczej pogodzić z tym, że jest to pewien znak czasów.

Dziennikarstwo sportowe to w jakiś sposób także przeżywanie sportu?

Zdecydowanie tak. W – jak to nazywasz – dziennikarstwie sportowym znalazłem się dzięki emocjom, dzięki pasji, przeżywałem wiele radości, smutków, porażek. Wróćmy do audycji radiowej: to był kalejdoskop emocji. Każda obecność na zawodach, rozmowa ze sportowcami, z działaczami, później opisywanie wydarzeń, niekiedy ważenie słów, aby nie demotywować, a motywować, aby być najbardziej obiektywnym, bo… No właśnie, czy dziennikarz sportowy jest obiektywny? To też pytanie na które chyba trudno znaleźć odpowiedź. Ja zawsze starałem się być maksymalnie obiektywny, a wiadomo że te wszystkie obserwacje, które czyniłem, czy rozmowy były jak najbardziej subiektywne.

Wróćmy do radia. Tęsknisz?

Od dziesięciu lat robię w życiu zupełnie co innego. Równolegle z radiem również wykonywałem inne czynności w wymiarze pełnoetatowym. Ale dzisiaj, kiedy moi współpracownicy pytają mnie jak się czuję w mojej obecnej pracy, w mojej obecnej roli, bez ogródek mówię, że najlepszą pracą jaką miałem w życiu, były te moje spotkania z radiosłuchaczami. To było te kilkadziesiąt minut w skali całego tygodnia, przy ulicy Roosevelta w Pile. Była to praca, której nie traktowałem jako pracy. Słysząc, że są wśród nas ludzie, którzy pracują, którzy mają się znakomicie, i twierdzą, że nie pracują, zawsze myślałem, że to jest tylko takie hasło, coś może bardzo popularnego, coś na co czekamy z utęsknieniem, a nigdy nie myślałem, że to się stanie moim udziałem. Okazało się, że ta przygoda była. Nie była długa, bo trwała cztery lata, ale nie była to też praca. Zdecydowanie nie była to praca i… Pewnie, że tęsknię.

Ale teraz też gadasz do ludzi.

Mówię może nawet jeszcze więcej, ale w inny sposób i o czym innym. Tutaj muszę być bardziej zrównoważony i myśleć o zyskach i stratach, ale przede wszystkim – tak jak w radiu, jak w mojej przygodzie ze sportem – teraz mówię przede wszystkim o dobrych stronach. Dużo o motywacji, dużo o możliwościach osiągania sukcesów, bo jestem przekonany, że każdy z nas ma pokłady dobra, dobrych fluidów, dobrej energii, dobrych umiejętności, a nie każdy z nas to jeszcze odkrył i niekiedy trzeba kolegom i koleżankom pomagać. Nie tyle uwierzyć w to, że są świetni, ale pokazać czasem ścieżki życiowe, zawodowe, na które może by nigdy nie wstąpili.
Na tym właśnie polega zawodowy coaching?
Pomaganie w odkrywaniu pokładów, to nic innego jak coaching. Takie pozytywne wzmacnianie, nieprzesadne motywowanie, dodawanie skrzydeł, dodawanie wiary, otuchy, to jest moja codzienna praca.

Po radiu był internet. Czegoś ci w życiu brakowało, że założyłeś Pilski Sport?

To muszę jeszcze wrócić do czasów sprzed historii internetowej. Równolegle z radiem toczyła się moja przygoda nauczycielska. Przez cztery lata byłem nauczycielem języka niemieckiego w pilskich szkołach. A Pilski Sport to znowu historia może nie na film, ale niecodzienna w mojej opinii. Najczęściej zdarzająca mi się choroba, to zapalenie gardła. Typowa dla nauczyciela. No i L4, na które często się nie wybierałem. To był rok 2010, o ile dobrze pamiętam – marzec, czyli wczesna wiosna. Miałem na tym L4 za dużo czasu. Wtedy jeszcze nie byłem ojcem i czasu miałem zdecydowanie więcej niż teraz. No i mój serdeczny kuzyn, Mesi, trochę zainteresowany światem internetu, na własną rękę zaczął tworzyć stronę internetową poświęconą jego świetnemu samochodowi Audi S6. Przypatrywałem się jego próbom, i byłem pełen podziwu, że osoba, która nie kończyła studiów informatycznych, może robić we własnym zakresie tak interesujące rzeczy. I widząc, że przychodzi mu to całkiem łatwo, stwierdziłem, że to coś, czym warto się zainteresować. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że nie było w tym wielu przemyśleń, była dusza, pasja i wspomnienia radiowe. To było mgnienie oka, bo skoro mam działać w internecie, mieć stronę, wybór padł na sport. Nazwa też nie była przemyślana, nie były to dni ani tygodnie zastanawiania się, dopytywania najbliższych. Po prostu – z serducha wypłynęło hasło „Pilski Sport” i tak to trwało przez siedem lat.

Sebastian Jankun. Fot. Marcin Maziarz
Sebastian Jankun. Fot. Marcin Maziarz

Aż siedem?

Siedem. Nieco ponad siedem lat. W marcu byłoby osiem. Spontaniczna historia zmieniła się w część życia, a pewnie najwięcej mogłyby powiedzieć o tym moja żona Aga i córka Julia. Mimo że Pilski Sport był moim pomysłem, to tak naprawdę stał się częścią nie mojego, a naszego życia. Poranki, wieczory przed komputerem, przerwy w spotkaniach rodzinnych, bo trzeba przecież usiąść do komputera, czy też zmiany w planach turystycznych – nie możemy pojechać w tym okresie tam czy tam, bo przecież będzie ważne wydarzenie sportowe i ja muszę na nim być, muszę coś nagrać, muszę o tym napisać. To było nasze życie.

Co twoja żona i córka na to?

Moja żona i córka razem ze mną zasiadły na tym pierwszym łuku na Bydgoskiej i na początku miałem wrażenie, że robią to wyłącznie dla mnie, bo tak by należało wspólnie spędzać czas – rodzinnie. Później – mam wrażenie – nie robiły tego już, bo tak wypada, czy może stosowałem jakiś podświadomy przymus, ale mogę z całym przekonaniem stwierdzić, że moja żona i córka również polubiły sport. Ten pilski sport – pilskie kluby, pilskie drużyny, pilskie emocje. W żadnym momencie nie doznałem krzywdy z ich strony. To być może moje zaangażowanie w pewien sposób momentami krzywdziło dziewczyny, ale na pewno zawsze były dla mnie wsparciem i nie słuchałem wieczorami czy nocami „skończ już, idź spać, po co to robisz”. Widziały w tym moją radość. I kiedy jesteśmy jakiś moment po zakończeniu przygody z Pilskim Sportem, kiedy pojawiło się więcej czasu, widzą, że czegoś mi brakuje, że ten czas ciężko zagospodarować. Mimo że mam co robić i moja praca zawodowa pochłania dużo czasu – bardzo dużo podróżuję, bardzo dużo czasu spędzam poza domem – to kiedy jestem w domu, warunki zmieniły się diametralnie. Tak jak był czas na wspólny posiłek, odrabianie lekcji, bieganie, to okazało się, że brakuje dobrego programu w telewizji, niekiedy dobrego czasopisma w ręce, książek jest sporo, ale może nie tak chętnie, jakbym chciał, po nie sięgam, i powstała pewna luka, którą należałoby wypełnić. I pewnie tak się stanie.

Wiedziałeś w jaką stronę chcesz rozwijać Pilski Sport?

To wszystko działo się nieco z przypadku: ta propozycja od Wojtka Dróżdża, później Pilski Sport, który powstawał na moim L4. Nigdy moim motywatorem nie było zarobkowanie. Mimo, że przygoda z Pilskim Sportem trwała przez siedem lat, to tak naprawdę, to tak naprawdę do tego – używając kolokwializmu – interesu dokładałem. Trzeba utrzymać serwer, domenę, kupić sprzęt do nagrywania, a czas, który poświęciłem, pewnie niełatwo przeliczyć. Liczyła się frajda. I kiedy okazało się, że jest wielu odbiorców, ciężko było się wycofać, wiedząc, że ktoś znajduje w tym dla siebie coś ciekawego. Być może znajduje to, czego ja szukałem w pilskich portalach informacyjnych. Zawsze miałem poczucie, że nie dostaję tego, co chciałbym dostać, i chciałem ludziom dawać bieżące informacje. Moim wyróżnikiem na początku miało być to, że publikuję wywiady w formacie mp3, czego w Pile tak naprawdę nie było. Mam w głowie masę pomysłów, ale nie jest tajemnicą, że w tym momencie czekamy na synka – Ignasia – i w tej chwili tak naprawdę nie wiem ile będę miał możliwości, wolnego czasu czy swobody, żeby te pomysły wdrażać. Z drugiej strony praca, którą od dziesięciu lat wykonuję, też jest absorbująca. Dla przykładu: gdyby zliczyć moje nieobecności w domu, to w skali roku są to około cztery miesiące.

Jakie były kulisy powstawania Pilskiego Sportu? Gdzie najdalej albo w dziwnych okolicznościach przygotowywałeś informacje?

Z laptopem na kolanach na lotnisku w Wiedniu albo Kopenhadze, w hotelach w Salzburgu i Linzu. Pamiętam lot do Niemiec, który odbywał się przez Kopenhagę, w której spędziłem sześć godzin na lotnisku. To był grudzień, gorący okres transferowy w żużlu. A są jeszcze takie miejsca, powiedzmy bardziej intymne, o których nie warto, czy nawet nie można mówić, ale w takich miejscach też powstawały teksty.

To trochę poważniej. Prezesi i działacze nie zawsze za tobą przepadali.

Może nie dewizą życiową, ale ważnym hasłem w moim życiu jest „jeszcze się taki nie narodził, który by każdemu dogodził”. Pierwszy raz świadomie usłyszałem je od mojej babci i od tego czasu gdzieś tam towarzyszy mi przez życie. I tak jest. Niektórych kochamy, innych lubimy bardzo, innych tylko lubimy, a ja na pewno wszystkich szanuję. Nie było takiego rozmówcy – działacza czy sportowca – dla którego nie miałbym szacunku. A teraz odwracając role: czy były takie osoby, które mnie lubiły mniej bądź wcale, czy też tego szacunku do mnie, jako do człowieka, nie miały? Pewnie, że przez tyle lat zdarzały się różnego rodzaju sytuacje. Z jednymi było bardziej po drodze, z innymi – mniej. Ale przeważnie nie były to świadome decyzje, a jakieś okoliczności, które o tym decydowały. Ja sam do nikogo urazy nie żywię, i chciałbym być o tym przekonany, że nikt po rozmowach ze mną nie musiał omijać mnie szerokim łukiem.

Zostałeś kiedyś wyproszony z miejsca, w którym dziennikarze zwyczajowo są i rozmawiają z zawodnikami?

Nie, aż takich sytuacji nie było, ale jeżeli znowu mówimy o moich wrażeniach czy odczuciach, to były takie miejsca gdzie czułem się nieswojo, gdzie miałem wrażenie, że jestem tym mniej oczekiwanym gościem, a nawet może byłoby dobrze, gdyby mnie w takich akurat miejscach nie było. Zawsze miałem ten komfort, że nie musiałem kalkulować, że nie byłem zatrudniony w jakiejś firmie, gdzie było pewną zasadą czy standardem, że trzeba pisać tak czy inaczej. Ja najczęściej pisałem czy mówiłem o swoich odczuciach, dzieliłem się swoimi wrażeniami i niekiedy były to teksty pochwalne, a niekiedy karcące. Znowu: zawsze moją intencją było przedstawienie sprawy rzetelnie, możliwie obiektywnie, ale też – zahaczając o moje obecne życie zawodowe – miało to być budujące. Jeżeli to była krytyka, to zawsze chciałem, żeby była konstruktywna, żeby nie była pozbawiona faktów. A jeżeli fakty były nazywane po imieniu, to po to, żeby być może ktoś zobaczył to, czego nie widział, bądź nie chciał widzieć, a co w mojej opinii miało wielkie znaczenie dla funkcjonowania klubu czy drużyny. Tych miejsc, w których czułem się nieswojo na pewno było dużo mniej niż tych, do których przez kilka lat wchodziłem niemal tak jak do własnego domu, i gdzie w tym momencie wchodzę do dobrych znajomych. Pilski Sport zbudował siatkę – nie tyle sportowców do których ma się dostęp, czy działaczy do których ma się numer telefonu i można zapytać o niemal wszystko, i być może nie każdy kibic ma możliwość skontaktowania się w minutę lub trzy z prezesem danego klubu czy ulubionym zawodnikiem. Ja to mogłem robić przez kilka lat. I to jest niesamowita wartość – jak wspomniałem – trudno oszacować w złotówkach ile kosztował poświęcony czas, ale łatwo policzyć co mi ten czas dał. Niesamowite relacje, które z płaszczyzny pseudodziennikarz – sportowiec czy pseudodziennikarz – działacz przerodziły się w relacje może nie przyjaciel – przyjaciel, bo popełniłbym nadużycie, ale na pewno znajomy – znajomy, kolega – kolega.

Sebastian Jankun. Fot. Marcin Maziarz
Sebastian Jankun. Fot. Marcin Maziarz

Zdarzyło ci się kiedyś nie napisać o czymś będąc o to poproszonym?

Zdarzyło mi się nie napisać o czymś, ale nie będąc o to poproszonym. Niekiedy tkwiący we mnie anioł i diabeł toczyły ze sobą walkę, którą raz wygrywał ten rysowany często w ciemnych barwach, a raz ten z aureolą nad głową. Niekiedy ważyłem co będzie lepsze dla danego sportowca czy drużyny, czy naprawdę ujawnić wszystkie moje myśli, czy zostawić je dla siebie. Liczyłem zyski i straty, w jaki sposób mogę pomóc, a w jaki zaszkodzę, bo miałem tę wolność, że mogłem o tym decydować – nic nie musiałem. Nie zarabiałem na tym – jeszcze raz to podkreślę – i niczego nie chciałem nigdy niszczyć, a nawet jeżeli byłem krytyczny, to – choć może było to trudne dla niektórych do zrozumienia – zawsze intencją było pomagać.

Żałujesz dziś – biorąc pod uwagę odpowiedzialność za słowo, o której wspominasz – że jakiegoś materiału nie puściłeś, albo jakiś właśnie puściłeś, a mogłeś tego nie zrobić?

Podszedłem do tej rozmowy szczerze, i chcę taki pozostać. Tak na szybko nie przychodzi mi do głowy taka sytuacja. Na pewno przychodzą mi na myśl teksty czy słowa, które być może sprawiły komuś ból, ale nie było to moją intencją. Kieruję się w życiu zasadą, że najważniejsze są intencje, które masz i cokolwiek zrobisz – być może najbardziej parszywą rzecz – dla mnie tym właściwym zachowaniem byłoby zapytanie jaka towarzyszyła temu intencja.

Widziałeś kiedyś, że to co publikujesz, ma wpływ na rzeczywistość? Na samopoczucie zawodników, na reakcje kibiców, na to co robią działacze…

Jesteś trudnym rozmówcą, bo każesz mi się bawić w psychologa czy psychiatrę…

Nie, to czasem widać.

Mam wrażenie – nie przypisując sobie jakichś zasług i nie przypinając orderów – że niekiedy moje zachowania, teksty, a nawet podejście do zawodnika, zawodniczki, prezesa czy trenera po nieudanych – w sensie sportowym – zawodach, powiedzenie „fakt, przegraliście, to boli, ale nikt nie może mieć wam za złe, bo widać było serce zostawione na parkiecie czy na torze”, że to są takie słowa, które pokrzepiają. Nawet jeżeli jedna osoba tak się zachowa, użyje takich słów i zrobi to z głębi serca, to uważam, że może to dla odbiorcy tego komunikatu znaczyć bardzo dużo. Nie bez kozery znajdują się sportowcy czy działacze, którzy popadają w najróżniejsze meandry życiowe będąc u szczytu formy, nie zawsze potrafią iść tą właściwą drogą. Pojawia się droga pozasportowa, i – oczywiście – niekiedy jest to spowodowane życiem ponad stan i możliwościami jakie daje sport przez wielkie S, widowiska sportowe czy biznes sportowy, a niekiedy jest to reakcja na stres, na niepowodzenia. I niekiedy zarówno sportowcy, jak i działacze, nie napotykają na swojej drodze na właściwe osoby. A gdyby znalazło się kilka takich, które powiedziałyby „OK, przegraliście, ale to tylko zawody i będą kolejne”, być może kilka życiowych scenariuszy potoczyłoby się zupełnie inaczej. Nawet jeżeli spoglądamy na nasze, pilskie podwórko.

Obraził się ktoś na ciebie o to co napisałeś?

Tak. Nawet nie chcę nazywać dyscypliny. Był pewien czas, w którym w pewnym miejscu trudniej mi się było pojawiać. Ale to tylko moje odczucia. Na pewno trudniej było mi pracować i miał na to wpływ tekst, który napisałem. Tekst krytykujący działania sportowych działaczy jednego z pilskich klubów. Klubu, który przed laty święcił ogromne triumfy, a od wielu lat – mam wrażenie – jest prowadzony, patrząc na to z zewnątrz, w sposób – nie wiem czy użyć tego słowa – nieprofesjonalny, niewłaściwy, taki który jest bliski temu, żeby ten klub umarł śmiercią naturalną.

Za dużo powiedziałeś. Wracając na Bydgoską: masz – tak jak Wojtek Dróżdż – kolekcję programów meczowych?

Przez wiele lat zbierałem programy żużlowe i kolejne wydania Tygodnika Żużlowego. Brak powierzchni magazynowej spowodował, że przestałem, a w pewnym momencie, kiedy jeszcze mieszkałem w domu rodzinnym, któregoś dnia mama postanowiła, że na te zdobycze nie ma już więcej miejsca. Za te zbiory było kilka rolek papieru toaletowego. Żałuję. Dzisiaj mając swoje cztery ściany na pewno zrobiłbym z tego użytek.

Marcin Maziarz
Wydawca Magazynu67. Zakochany w regionie nad Gwdą i Notecią oraz w Pojezierzu Wałeckim. Ceniący i chętnie odwiedzający krainy nieco dalsze: Pojezierza: Drawskie i Szczecineckie, Kaszuby i wybrzeże Bałtyku ze szczególną atencją dla Półwyspu Helskiego i Zatoki Puckiej. Uzależniony od poszukiwania miejsc, w których jeszcze go nie było, od słuchania ludzi, którzy mają coś do powiedzenia i od spisywania historii, które mają sens. Do tej listy rodzina dodałaby jeszcze „weź, nie rób już tylu zdjęć”. Od czasu do czasu pokazuje się w TV Asta. Prywatnie tata dwóch synów i niemąż jednej nieżony.