Agnieszka Kopacz. Fot. Marcin Maziarz
Agnieszka Kopacz. Fot. Marcin Maziarz
Ludzie

Muzomama

Gdzieś tam – od czasu do czasu – każdemu przemyka przez życie formułka „pani od muzyki”. Agnieszka Kopacz faktycznie „panią od muzyki” bywa, ale bardziej pasuje do niej określenie „Muzomama”. Bo choć tylko jeden z Muzolaków nosi jej geny, to dzieci są zawsze na pierwszym miejscu kiedy tworzy, kiedy nagrywa, kiedy śpiewa i kiedy opowiada o tym co robi.

Rozmowa miała miejsce 17 listopada 2017 r. Ukazała się w drugim numerze Magazynu67 (kwiecień – maj 2018). Możesz zamówić go tutaj.

Agnieszka Kopacz. Fot. Marcin Maziarz
Agnieszka Kopacz. Fot. Marcin Maziarz

Jak zostałaś najstarszym Muzolakiem?

To jest długa historia, a wiesz, że dużo gadam?

Wiem.

Mam opowiadać?

Tak.

Najstarszym Muzolakiem zostałam – już w myślach – w 2008 roku. Wtedy jeździłam jako wokalistka z zespołem New Day. Grałam tam ze świetnymi muzykami. Jednym z nich był Paweł. Kiedyś, jak wyjeżdżaliśmy z Piły na koncert gdzieś daleko na południe, przejeżdżaliśmy koło przedszkola. Paweł mówi: „w tym przedszkolu kiedyś grałem”. Zapytałam co takiego grał. Opowiedział mi wtedy, że grał dla dzieci edukacyjną audycję muzyczną z kontrabasem. Zaczęłam go o to pytać, i tak mi się spodobał ten pomysł, że od tego 2008 roku miałam w głowie, że to chyba byłoby fajne. Ale pracowałam wtedy w korporacji, komunikowałam się z całym światem. Byłam bardzo zadowolona. Zostałam najpierw koordynatorem sprzedaży, później handlowcem. Było naprawdę fajnie. I zaszłam w ciążę. A kiedy urodziłam Helenkę, okazało się, że tę moją świetną firmę zamykają i wszystkich zwalniają. Musiałam coś wymyślić, ale dostałam dużą odprawę – wypłatę za prawie cały rok za zwolnienie grupowe – więc nie było takiego ciśnienia i strachu, że trzeba szukać pracy. Ale szukałam. Chciałam być przedstawicielem handlowym, jednak nikt mnie nie chciał. Moja przyjaciółka – Aneta Fons – namawiała mnie cały czas, żebym otworzyła coś swojego. Myślałam jak tu zrobić wielki biznes. Więc mówiłam: Panie Boże, pomóż mi wymyślić jakąś rzecz – tak jak chleb – której codziennie ktoś będzie potrzebował. I nic nie mogłam wymyślić. Myślałam, że może kartony, tektury, bo wcześniej pracowałam w takiej branży, ale nie do końca mi to leżało. To był wrzesień 2011 roku. Wcześniej – kiedy jeszcze byłam w ciąży z Helenką – pani Marysia Adamska z przedszkola mojego syna poprosiła, żebym przygotowała taki krótki program o muzyce dla dzieci z jego grupy. I wtedy zaprosiłam Piotra Belaka, bo chciałam, żeby to ładnie wyszło. Zrobiłam taki krótki, półgodzinny program, który tam wykonaliśmy, który potem stał się pierwszą audycją Muzolaków. Opowiedzieliśmy o pianinie, o grze na klawiszach, Piotrek pokazywał jakie dźwięki można wydobyć, że da się zagrać całą orkiestrę z keyboardu, śpiewaliśmy piosenki… Wtedy też cały czas rozmawiałyśmy z Anetą, że nie mam żadnego pomysłu. Ona mówi: Aga, przecież ty masz ciągle tyle pomysłów. A ja do niej: ale ja nie mam żadnego fajnego pomysłu, jedyne co mam w głowie, to te audycje muzyczne dla dzieci. Na to ona: to zrób te audycje. I wtedy zaczęłam o tym myśleć. To był koniec roku, więc udało mi się dostać pieniądze na rozpoczęcie działalności z urzędu pracy, I tak się zaczęło. Zaczęłam z Piotrem Belakiem – on jest drugim Muzolakiem, bardzo wartościową osobą w tym toku zdarzeń. Robiliśmy audycje, pierwszą, drugą, jak ktoś chciał nas zaprosić ponownie, to trzecią, czwartą… No i tak zaczęłam być Muzolakiem najpierw w przedszkolach.

Ile lat temu to było?

To trwa od stycznia 2013 roku.

Zleciało.

Zleciało, ponieważ to było bardzo dużo pracy. Na początku bardzo dużo pracy marketingowej. W sumie nie wiem jak to nazwać – trzeba było dać się poznać z dobrej strony. Przygotowywanie różnych audycji, dzwonienie, pisanie ofert… Aż w końcu po dwóch latach przestałam pisać oferty. Telefon zaczął dzwonić. Robiliśmy już bardzo dużo audycji. I tak do dzisiaj.

Agnieszka Kopacz. Fot. Marcin Maziarz
Agnieszka Kopacz. Fot. Marcin Maziarz

Myślałaś wcześniej – nawet jeszcze zanim zostałaś mamą – że będziesz pracować z dziećmi?

Nie. Nigdy. Jakoś wcześniej nie miałam takich ciągot.

Z wykształcenia jesteś księgową…

Skończyłam ekonomik. Potem zrobiłam studia – ekonomię na ówczesnej Akademii Ekonomicznej w Poznaniu. Potem – pracując w tej świetnej firmie, w której bardzo chciałam się rozwijać – poszłam na podyplomówkę z zarządzania sprzedażą. No i to jest moje wykształcenie. Ale zawsze marzyłam o tym, żeby śpiewać. Zaczęłam się – że tak powiem – pokazywać w ekonomiku na tych naszych akademiach. Długo śpiewałam w kościele. Nigdy jakoś tak bardzo profesjonalnie nie zaistniałam jako wokalistka…

Ale New Day to zawodowcy!

Graliśmy ze świetnymi muzykami. Zespół stworzył Rafał Boniśniak. Przede mną śpiewały naprawdę świetne wokalistki – na przykład Viola Brzezińska. Miałam do kogo równać, ale to była krótka historia. I nie ukrywam, że trudno tak żyć. Akurat wtedy pracowałam od poniedziałku do piątku, a potem na weekend wyjeżdżałam. Tobiaszek miał wtedy trzy lata.

Zostawał w domu z tatą, czy zabierałaś go ze sobą?

Zostawał z Pawłem. Raz pojechał ze mną, ale znowu mi było ciężko na takim wyjeździe. Ciężko, mając rodzinę, prowadzić takie „podwójne” życie, w którym ma się stałą pracę zawodową i jeszcze realizuje się pasje, które też wymagają czasu. Jak już ktoś jest artystą, to niech będzie takim… Po prostu niech będzie artystą. Na walizkach.

To wróćmy do dzieci i rodziców. Kto jest trudniejszym odbiorcą? Albo klientem.

Trudniejszym klientem jest rodzic. Przynajmniej jeżeli chodzi o płytę, bo to rodzic musi ją kupić. I rodzic potem narzeka. Narzeka, bo jak już ktoś kupi Muzolaki, to potem dzieci ciągle słuchają tej płyty i rodzice mają dość. Potem ktoś do mnie dzwoni albo spotykam się z kimś, i słyszę – tak było na przykład z „Czerwonym Kapturkiem”: Agnieszka, my już mamy dość, ciągle tylko „lalalalalala”. A ja jestem szczęśliwa. Ale wracając do pytania, żeby odpowiedzieć na nie poważnie, to nie wiem. Mówi się, że dzieci są szczerym odbiorcą. Może pod tym kątem trudniejsze jest dziecko. Jak stanę w przedszkolu, i przedstawię dzieciom coś, co ich nie chwyci, to dzieci będą się nudzić, rozglądać, gadać i nikt tego nie będzie słuchał. Dorosły – wiadomo – przygryzie zęby, uśmiechnie się jak nie chce powiedzieć prawdy, pójdzie i powie coś na boku. Więc chyba jednak dzieci.

Zdarzyła się wam taka sytuacja, że dzieci w trakcie audycji albo przedstawienia zaczęły się nudzić?

Zdarzało się tak, chociaż rzadko. Raczej mieliśmy recenzje w rodzaju „jak wy to robicie, przecież ten chłopak cały czas skacze, on pięciu minut nie usiedzi, a dzisiaj siedział pół godziny”. To jest dla mnie wzlot. Coś cudownego, ogromna satysfakcja. Ale były takie sytuacje. Były różne dni. Na przykład jak panie źle zaplanowały dzieciom czas, zrobiły godzinne spotkanie z panią policjantką, a potem od razu Muzolaki, to trudno się dziwić, że dzieci nie mogą wytrzymać. Ale wymyśliłam sobie na to taki sposób: jak tylko robił się jakiś rumor, bo dzieci nie wytrzymywały, to zmienialiśmy konwencję – jakieś oklaski, a może teraz wstaniemy – trzeba reagować spontanicznie. Audycje są interaktywne. Osoba, która prowadzi, musi cały czas kontrolować sytuację. Jak widzę, że coś jest nie tak, to wtedy trzeba powiedzieć: „a słyszeliście o tym, że …”, i wtedy nagle wszyscy patrzą.

Agnieszka Kopacz. Fot. Marcin Maziarz
Agnieszka Kopacz. Fot. Marcin Maziarz

To jak wpadłaś na to, że chcesz nagrać pierwszą płytę Muzolaków?

Podpowiadały mi to panie w przedszkolach. Mówiły „ale fajne te wasze piosenki, kiedy nagrywacie płytę?”. Myślałam, że pierwszą płytą jaką zrobię, będą piosenki, ale tak jakoś wyszło, że w 2015 roku zrobiliśmy „Czerwonego Kapturka”. W 2016 zrobiliśmy pierwszą płytę Muzolaków. Piosenek zrobionych na audycje muzyczne uzbierało się tyle, że stwierdziłam „no dobra, próbujmy”. Piotrek robił aranżacje. Była jedna piosenka, potem druga, trzecia… To jak mamy trzy, to zróbmy dziesięć. I tak zrobiliśmy pierwszą płytę. A jak zrobiliśmy pierwszą, to skoro jeszcze kolejnych dziesięć jest przygotowanych, to i je trzeba zrobić… A jak zrobiłam te dziesięć, to teraz jest trzydzieści kolejnych. I nie wiem kiedy je zrobię.

Jak znajdowałaś młodszych Muzolaków?

Bardzo prosto. Pierwszą Muzolaczką była moja córka Ola. Zaśpiewała pierwszą piosenkę, jaką zrobił Piotrek – „ Taniec liści”. Napisałam dla niej tę piosenkę na konkurs. Ma dziewczyna talent, aż boję się, żeby nie zrobić jakiegoś błędu i jej źle nie pokierować. Nie zrobić jej krzywdy, ale też nie zmarnować talentu. Nie mogłam nie chcieć Julki Czerniawskiej, ponieważ to nasza rodzina. A że też bardzo utalentowana, więc Julka koniecznie musiała być. Dziewczyny chodzą razem do klasy, więc tam pani Beata Szwarc-Gazda, która prowadziła je od pierwszej klasy, wiedziała najwięcej o dzieciach. Wspomniała Marikę. Nie znałam jej, ale okazało się, że fajnie śpiewa. Bartka zrekrutowałam na klatce schodowej idąc do Ani Witczak – mamy Julki, bo Bartek mieszka w tym samym bloku. Szukałam chłopca, który miał śpiewać „już jestem większy, już jestem starszy”. Zapytałam Anię, jak śpiewa Bartek – mówiła, że świetnie, ale trochę się krępuje. Poszłam do Bartka do domu. W swoim pokoju zaśpiewał mi jakąś piosenkę, której akurat uczył się w szkole. Jak zaczął śpiewać, miałam ciary na rękach. I tak śpiewa u nas. Wcześniej śpiewał Krzyś, którego z kolei poleciła mi pani Bożena Pająk, nauczycielka muzyki ze szkoły moich dzieci. Wszystko to odbywa się gdzieś tam lokalnie.

Czyli Muzolakiem zostać najłatwiej będąc twoją rodziną albo znajomym twoich dzieci…

Jakaś taka jestem… Bardzo nie lubię castingów zewnętrznych. Mam teraz na przykład na oku takiego chłopca. On jest takim trochę przyjacielem Muzolaków – co jakiś czas gdzieś się spotykamy. Widzę, że jest rytmiczny. Ma śpiewającą mamę. Napisałam do niej, chociaż się nie znamy. Odpisała, że śpiewa i na razie umówiliśmy się na casting.

Jednoosobowy.

Jednoosobowy, bo nie zależy mi, żeby Muzolaki były jakimś wielkim zespołem. To jest jednak zobowiązanie względem dzieci, względem rodziców. Nasze działania stricte muzolakowe też nie są wielkie, bo jestem osobą zapracowaną, na co dzień żoną, mamą… Widzisz, już jest piosenka.

I co? Będzie piosenka „jestem mamą, jestem osobą zapracowaną”?

Nie. Już jest jedna taka piosenka: „jestem mamą, to moja kariera”. Śpiewa Natalia Niemen. Najlepsza piosenka na świecie. I… O czym mówiłam?

Muzolaki to nie jest wielki zespół…

Tak. Nie chcę zamęczać dzieci, nie mam też za dużo czasu, żeby to rozkręcać.

No i mamy drugą płytę z piosenkami Muzolaków „Z przyrodą za pan brat”.

Jest może nie tyle o samej przyrodzie – nie śpiewamy o tym, że „przyroda daje nam życie”. To piosenki, w których coś dzieje się w świecie przyrody. Ale nie wszystkie, bo jest na przykład „Wakacyjna piosenka”. Jest piosenka „Muzolaki”. Na pierwszej płycie był sam refren, a teraz zrobiliśmy do niego zwrotki. Ale jest piosenka o muzyce przyrody, o pisklętach, o wodzie – „Woda to życie”…

Zatrzymajmy się przy niej na chwilę. Ma treść – nazwijmy to – „społeczną”. Starasz się też edukować przez to co piszesz?

Mam tak, że nie umiem pisać o niczym. To trochę mój problem. Z jednej strony plus, z drugiej – minus. Zawsze jak piszę, mam z tyłu głowy, że chciałabym, żeby ktoś się nad czymś zastanowił, żeby to było edukacyjne. Tę piosenkę o wodzie napisałam dzięki koleżance – Izie Manszewskiej, która pracuje w firmie związanej z oczyszczaniem wody. Kiedyś prowadziliśmy z tą firmą warsztaty o wodzie, a w tamtym czasie napisałam piosenkę dla innej firmy z Piły, która też ma trochę do czynienia z wodą. I Iza mówi: Aga, ale fajnie by było gdybyś dla nas taką piosenkę napisała. I jak tak siedziałam u nich w pokoju, i omawialiśmy warsztaty, nagle przyszedł mi do głowy początek piosenki. I tak został, a potem wymyśliłam resztę.

Agnieszka Kopacz. Fot. Marcin Maziarz
Agnieszka Kopacz. Fot. Marcin Maziarz

Drugim najstarszym Muzolakiem jest Piotr. Pracujecie razem pięć lat, ale znacie się dużo dłużej.

Na początku pracowaliśmy jeżdżąc po przedszkolach. Piotrek powiedział mi wczoraj, że nie wie jak wtedy pracował, że rano musiał wstawać tak wcześnie, bo czasem wyjeżdżaliśmy o siódmej trzydzieści. Teraz już nie wie jak to robił. Ale prawda jest taka, że jak dzieci rosną, i w ogóle pojawiają się w życiu, to świat się zmienia, jest więcej pracy i jest trudniej. Z Piotrem pracuje się… łatwo – to właściwe słowo. Jak patrzy się jak on gra, to wydaje się, że on to robi tak jak oddycha. Czasem nie mieliśmy pewnych rzeczy dogranych, bo na przykład była nowa audycja i „dobra, coś tam zagraj”. On ma niesamowity talent tworzenia ilustracji muzycznych. Trzeba by cofnąć się do tego czasu, jak rzeczywiście razem pracowaliśmy. To było tak: ja mówię o czymś, a on po prostu o tym gra. Ale dwa lata nie robimy już razem audycji muzycznych, choć nadal współpracujemy – Piotr prowadzi Muzostację – studio nagrań i szkołę muzyczną.

Będzie płyta Agnieszki Kopacz?

Może coś zaśpiewam. Dla dzieci, bo mam tego bardzo dużo. Chciałabym zrobić też coś swojego dorosłego, bo – nie ukrywam – mam takie piosenki, ale kiedy? Każda matka nie ma czasu, no!

Jak wygląda u ciebie proces twórczy? Jest błysk i pomysł wpada do głowy, czy siedzisz jeden wieczór, drugi, kartka nadal pusta, ołówek złamany…

Nie mam na to czasu! Dzisiaj na przykład pomysł wpadł mi, jak nakręcałam włosy na wałki przed naszym spotkaniem. Ale to jest na zasadzie: jakaś myśl, albo ktoś zadzwonił, potem coś innego się obiło i wpadał pomysł. Zaczyna się najczęściej od jakiejś frazy albo jakiejś melodii. Bardzo szybko to nagrywam, bo mam już doświadczenie, że jak nie nagram, to zapominam. I potem mam to w głowie, śpiewam sobie, i dochodzą do tego kolejne elementy. A czasem jest tak, że coś wymyślę od razu. Ale głównie jest tak, że chodzę po domu i śpiewam, i dlatego moje dzieci znają wszystkie piosenki. Oli nie muszę nawet uczyć.

Jest sens podejmować w piosenkach dla dzieci tematy trudne dla dorosłych?

Jakie na przykład?

Na przykład rozstanie z przyjacielem. Albo śmierć kogoś bliskiego.

Takiej piosenki jeszcze nie napisałam. Mam problem z takim czymś… Jak pisałam „Piosenkę dla mamy i taty”… Zawsze jakoś tak mnie boli, jak przychodzą takie myśli, że, kurczę, napiszę taką piosenkę dla mamy i taty, i śpiewa to dziecko, które nie ma taty… Albo którego rodzice się rozwiedli. I nie ma tej drugiej osoby. Jak już mi tutaj ciężko, to chyba w ogóle trudnych tematów nie podejmę. O rozstaniu z przyjacielem też bym nie napisała. Mam w sobie takie bardziej pozytywne nastawienie. Chciałabym, żeby nasze piosenki dawały radość. Moja firma nazywa się „Okrzyk radości” i to jest po prostu sedno.

Często masz takie rozterki jak przy „Piosence dla mamy i taty”?

Nie, bo u mnie powstaje to tak jakoś naturalnie. Co mi w duszy gra, to po prostu robię. Moje smutki, takie jakie każdy z nas ma, raczej nie są związane z dziećmi. Są bardziej egzystencjalne, relacyjne, takie dorosłe. Z dziećmi kojarzy mi się raczej świeżość, radość, to co chciałabym, żeby czuły moje dzieci. Nie chciałabym, żeby moje dzieci czuły smutek. Z założenia pozytywnie patrzę na życie. Zawsze szukam pozytywów. Nawet po czasie widzę, że ze złych doświadczeń wychodzą plusy.

Kiedy piszesz piosenkę, starasz się pomóc rodzicom rozwiązać jakiś problem „informacyjny”?

Bardziej, kiedy piszę opowiadania. Musiałabym mieć założenie, że piszę teraz piosenki o tym jak – na przykład – odzwyczaić dziecko od smoczka. Pewnie napisałabym taką piosenkę, ale jakoś tak samo mi nie wychodzi. Może jak Tomeczek będzie musiał rozstać się ze smoczkiem, wtedy napiszę. U mnie to wszystko jest takie życiowe.

To ile w twoich piosenkach jest życiowych sytuacji, które faktycznie ci się przytrafiły?

„Taniec liści” napisałam dla Oli. Mogę nawet opowiedzieć anegdotę. To jest taki plusik z nieporozumień. Pani Marysia w przedszkolu mówi: „pani Agnieszko, we wrześniu będzie konkurs dla dzieci i mają być śpiewane piosenki o jesieni, jakby pani wynalazła jakąś piosenką dla Oli, Ola mogłaby startować”. No to szukam w internecie, a tu żadnej piosenki o jesieni nie ma. Jest o deszczu, o wietrze, o kałużach, ale o Pani Jesieni nie ma. Tak jakoś zrozumiałam, że ma być ogólnie o jesieni. Ale proszę jaki plusik: sama napisałam piosenkę o Pani Jesieni. Najbardziej w tych piosenkach zaistniała chyba moja Helenka. Jak zaczynałam moją działalność, miała niecały rok. Tę historię pewnie niektórzy przeczytają któryś raz. Przez pół roku Helena pytała mnie „mamo, już urosłam?”. „Taaaaak, ale urosłaś”. Na drugi dzień: „mamo, a dzisiaj jestem już większa?”. „Jeny, jaka duża!”. Zawsze starałam się odpowiadać tak, żeby ona rzeczywiście się cieszyła. I ona mnie tak męczyła przez długi czas, codziennie. I pytała czy jest już tak duża jak Ola. No i to mnie ruszyło, i jest piosenka „Znów jestem większa, znów jestem starsza, mam ładną buzię, mam długie włosy”. Tak samo „Dzień dobry, Zielona Panienko”. To było, jak kąpałam Helunię. Owinęłam ją, patrzymy do lustra i widzę jak ona śmiesznie wygląda w tym zielonym ręczniku. Mówię do niej: „dzień dobry, zielona panienko”. I nagle słyszę: „Dzień dobry, dzień dobry, Kwiatowa Pani” – normalnie już z muzyką. I tak powstała ta piosenka.

Agnieszka Kopacz. Fot. Marcin Maziarz
Agnieszka Kopacz. Fot. Marcin Maziarz

Testujesz na swojej rodzinie pomysły muzyczne albo tekstowe?

Tak. Zazwyczaj pytam moich dzieci czy to jest fajne. Ola jest takim wyznacznikiem, ma czuja. Paweł – mój mąż – tak średnio. Trochę nie jego klimaty.

Bo Paweł też gra…

Paweł jest perkusistą. Jeszcze trochę niezrealizowanym artystycznie. Ale działa, chociaż bardzo dużo pracuje. Ale nie słucha dziecięcych piosenek – jakoś nie lubi. Natomiast Ola zawsze patrzy jak to odbiorą inne dzieci. Na przykład kiedyś Piotr zaproponował zmianę w piosence – w „Wakacyjnej piosence” dodał jeden loop. I on może nie był straszny, ale miał coś takiego groźnego. I zapytaliśmy Olę, czy to jest fajne. Ola na to: „nie, lepiej, żeby tego nie było, bo dzieci będą się bały”. Fajne to, bo nie patrzy na siebie, tylko czuje misję tego projektu, wie, że to jest dla dzieci.

Powiedzieli ci kiedyś „mama, nie męcz już”?

Tak.

Przestałaś?

Ale to było kiedyś. Nie pamiętam kto to powiedział, ale musiałam przesadzić.

Tęsknisz za dorosłym śpiewaniem?

Chyba trochę tak. Jak tak sobie czasem pomyślę… Mam wizję, jak mógłby wyglądać mój koncert. Chciałabym trochę mówić, opowiadać różne moje historie. I żeby ktoś sobie pomyślał: „o kurczę, mam podobnie”. Taką mam wizję – bardziej kameralnych koncertów. A te moje dorosłe piosenki, których jeszcze nikt nie zna… No, mój mąż zna jedną. To piosenka o domu z duszą, którego szukam i szukam, i może znalazłam, ale bardzo długo szukałam.

To o czym chciałabyś na tych kameralnych koncertach opowiadać?

Takie dorosłe historie. O tym, co mnie spotyka. Na przykład, że bardzo chciałam mieć dom i szukaliśmy tego domu z duszą. Wiadomo – dużo ludzi marzy o domu. Na pewno to nie jest taki dom, jak w tej piosence. O marzeniach, o jakimś niezrealizowaniu, o trudnościach – też w małżeństwie.

To kiedy wydarzy się coś koncertowo?

Jak nagram wszystkie płyty Muzolaków. Nie mam czasu. Moja działalność artystyczna owinęła się gdzieś wokół dzieciaczków i bardzo dobrze się w tym czuję, i też się realizuję. Mam bardzo dużą satysfakcję, jak wiem, że ktoś słucha moich piosenek. Czasem miałam już takie myśli, że może będę pisała piosenki, ale nie będę śpiewać. Ale jak zaczynam śpiewać… Na ostatniej płycie śpiewam trzy piosenki, i kiedy do nich ćwiczyłam, to znowu poczułam, że jednak lubię śpiewać. O, i to są dylematy życiowe. Jestem mamą – trzeba się uwinąć wokół czworga dzieci, i wszyscy się dziwią jak to robię. Więc jak jeszcze miałabym koncertować, to chyba byłabym kosmitką. A może jestem?

A za pięć, dziesięć lat?

Jak już teraz mi się czasem nie chce, to wtedy chyba w ogóle nie będzie mi się chciało.

Marcin Maziarz
Wydawca Magazynu67. Zakochany w regionie nad Gwdą i Notecią oraz w Pojezierzu Wałeckim. Ceniący i chętnie odwiedzający krainy nieco dalsze: Pojezierza: Drawskie i Szczecineckie, Kaszuby i wybrzeże Bałtyku ze szczególną atencją dla Półwyspu Helskiego i Zatoki Puckiej. Uzależniony od poszukiwania miejsc, w których jeszcze go nie było, od słuchania ludzi, którzy mają coś do powiedzenia i od spisywania historii, które mają sens. Do tej listy rodzina dodałaby jeszcze „weź, nie rób już tylu zdjęć”. Od czasu do czasu pokazuje się w TV Asta. Prywatnie tata dwóch synów i niemąż jednej nieżony.