Karolina Głogowska. Fot. Marcin Maziarz
Karolina Głogowska. Fot. Marcin Maziarz
Ludzie

Karolina Głogowska: cieszę się, kiedy pytają o Kaczory

Współautorka powieści „Dwanaście życzeń” – w rozmowie o książce, o pisaniu na odległość, o tym skąd wzięła się w Pile (i o miłych ludziach stąd), o przeprowadzce z dużego miasta, o tym dlaczego dwie z bohaterek pochodzą z Kaczor i o kolejnej – tym razem własnej – książce reporterskiej, w której znajdą się wojenne historie kobiet (również z Piły).

Karolina Głogowska. Fot. Marcin Maziarz
Karolina Głogowska. Fot. Marcin Maziarz

Na początek przyznam ci się, że kiedy zobaczyłem okładkę „Dwunastu życzeń”, byłem przekonany, że to książka dla dzieci.

Okładka jest rzeczywiście dosyć słodka. Miała przyciągać i – jak twierdzą osoby, które w wydawnictwie zajmują się sprzedażą – świetnie to zadziałało i książka dobrze się sprzedaje. Było kilka głosów, że jest taka słodziutka, ale to książka dla dorosłych. Przeważnie dla dorosłych kobiet, bo jest to powieść o kobietach.

O czym jest „Dwanaście życzeń”?

To historie rodzinne. Wszystko dzieje się w obrębie jednej rodziny. Mamy sześć równorzędnych bohaterek, którym akurat – tak się dziwnie składa – na dzień przed Wigilią całe życie zwala się na głowę. Stają w obliczu różnych problemów, które do tej pory od siebie odsuwały, albo zamiatały pod dywan – nie chciały się z nimi konfrontować. I nagle, tuż przed świętami, okazuje się, że nie mają wyjścia.

W książce przewijają się wątki wielopokoleniowe. Ty masz takie osobiste doświadczenie?

Rzeczywiście mam takie doświadczenie. Pamiętam dwie moje prababcie. Miałam też dwie cudowne babcie – teraz żyje już tylko jedna. Druga zmarła w zeszłym roku. I rzeczywiście byłam i nadal jestem z nimi związana, czerpię od nich bardzo dużo siły, ale też historii. Jedna z moich babć jest cudownym opowiadaczem historii, chyba najlepszym jakiego poznałam w życiu. Opowiada niesamowicie i ma niesamowitą pamięć. To jej zadedykowałam tę książkę, mówiąc, że to po niej odziedziczyłam talent do opowiadania historii, i za to jej bardzo dziękuję. W książce jest postać Róży, która ma osiemdziesiąt lat, ale jest w pełni sił witalnych, jest bardzo żywą i energiczną kobietą – nie jest typową babcią. Jest inspirowana moimi dwiema babciami.

Ile ciebie i twojej wspólniczki można odnaleźć w „Dwunastu życzeniach”?

Na pewno są pożyczone przemyślenia, pojedyncze sytuacje życiowe, jakieś wydarzenia, ale to nie jest tak, że tutaj przelałyśmy siebie i to jest coś, co nosiłyśmy całe życie w sobie. Pożyczałyśmy jakieś wątki i sytuacje naszym bohaterkom, ale tylko pożyczałyśmy i chyba nie ma czegoś takiego, że któraś z nas utożsamia się z którąś z bohaterek.

W fabule przewija się wiele kobiet. Można powiedzieć, że w jakimś stopniu jest to książka feministyczna?

W tym sensie, że jest to jakiś hołd oddany kobietom. Specjalnie zrobiłyśmy taki przekrój Polek. Mamy młodą dziewczynę z małej miejscowości, która robi karierę w wielkim mieście, troszeczkę chce się odciąć od rodziny, zachłysnęła się Warszawą, ale nie jest to tak do końca dobre. Mamy jej siostrę, która z kolei została w tej małej miejscowości, jest taką typową matką-Polką, ma czwórkę dzieci, mąż sprawia problemy, podejrzewa go o romans, jest całkowicie urobiona po pachy tym całym życiem rodzinnym. Mamy Różę, która jest osiemdziesięciolatką, ale przeżywa drugą młodość. Mamy Ritę, która jest wydawcą telewizyjnym, jest to kobieta dojrzała, która musi zmierzyć się z upływającym czasem i jest to dla niej trudne. Mamy też młodą niedoszłą mężatkę, która zostaje porzucona na dwa tygodnie przed ślubem. I mamy wreszcie skłóconą z ojcem córkę, która nie odzywa się do niego od jakiegoś czasu. Jest to taki przekrój. Postacie są różne, różnią się postrzeganiem problemów, w których wszystkie uczestniczą. Pod tym względem na pewno jest to hołd oddany kobietom, bo chciałyśmy pokazać jak wygląda życie Polek w przekroju.

Na chwilę odłóżmy „Dwanaście życzeń” na bok. Mogę zadać niedyskretne pytanie o to skąd się wzięłaś w Pile?

Przyjechałam – jak się mówi – za sercem, czyli za moim partnerem, który tutaj od jakiegoś czasu pracuje. Półtora roku temu zakończyłam współpracę z Wirtualną Polską, z którą byłam związana prawie sześć lat. Akurat tak się złożyło, że stanęłam na takim życiowym rozdrożu, zastanawiając się co dalej. Podjęliśmy decyzję, że zamieszkamy w Pile. No i jestem.

I jak ci w Pile?

Najbardziej podobają mi sie ludzie. To jest coś niesamowitego. Poznaję tak fantastycznych ludzi poczynając od pań w urzędzie, gdzie musiałam kilka rzeczy załatwić po przeprowadzce. Wszyscy są niesamowicie pomocni. To nie jest wielkie miasto, gdzie osoba, która przyjdzie z ulicy, jest traktowana jako petent, tylko rzeczywiście tu są osoby, które chcą pomóc. Kończąc na osobach, które poznałam pracując w telewizji przy materiałach, przy wywiadach. Coś niesamowitego. Naprawdę jestem zachwycona ludźmi, którzy są serdeczni, sympatyczni, pomocni i bardzo ciekawi.

Jak bardzo różni się życie w Pile od życia w dużym mieście?

Pewnie tym – przynajmniej ja tak to odbieram – że w dużym mieście na pewno więcej się dzieje. Jest więcej wydarzeń. Nie ukrywam, że zawsze starałam się z tych wydarzeń korzystać, bo jestem osobą raczej towarzyską, lubię wychodzić na koncerty, czy na wystawy, czy do kina. Tutaj z kolei można docenić, że ludzie rzeczywiście chcą dostępu do kultury, do wydarzeń, więc jak tylko coś się dzieje, to te wydarzenia są oblegane. W dużym mieście, jeżeli ma się stały dostęp do takiej oferty, czasami nie docenia się tego, osiada się na laurach i nie korzysta.

A wygoda codziennego życia?

A co konkretnie masz na myśli?

Pewnie anegdotyczny już dojazd do pracy…

No tak, to jest zaskoczenie, że nie stoję w korkach. Jest nawet śmiesznie, jeżeli mówię, że mieszkam na Zielonej Dolinie, a wszyscy „ojej, tak daleko od centrum”. A to jest pięć minut samochodem. W Gdańsku to jest żadna odległość. Tam się do pracy jedzie czasem pół godziny i jest super.

To teraz, łącząc wątki lokalne z książką… Wiesz już o co chcę zapytać… O Kaczory.

Tak, wszyscy pytają o Kaczory, a ja się bardzo cieszę, że o Kaczory pytają, bo Kaczory są przeuroczą miejscowością, którą zauważyłam podczas wycieczki rowerowej po okolicy. Każdy kto był w Kaczorach, chyba wie, że nie sposób nie zauważyć tej miejscowości, bo ona jest bardzo urokliwie położona na takich pagórkach. Są dwa jeziora, jest otoczona lasem, są urokliwe, porośnięte bluszczem domki, jest przeuroczy kościółek. Naprawdę ciężko przejechać nie zwracając na to uwagi. Kaczory – co też zawarłam w książce, bo lubię poznawać historię miejsca o którym piszę – wygrały kilkadziesiąt lat temu konkurs na najlepsze miejsce wakacyjne. I tam rzeczywiście letnictwo było bardzo rozwinięte, przyjeżdżały kolonie i letnicy. Czemu teraz do tego nie wrócić? Może ta książka trochę się do tego przyczyni? Bardzo bym chciała, bo rzeczywiście jest tam bardzo pięknie. Bohaterka była już wcześniej wymyślona – miała to być dziewczyna z małej miejscowości. Jak zobaczyłam Kaczory, wiedziałam, że to jest ta miejscowość.

O Kaczorach wiesz więcej niż przeciętny mieszkaniec Piły. Kiedy zamieszkałaś w Pile, zaczęłaś poznawać okolice?

To jest coś, co robiłam zawsze. Robiłam tak samo mieszkając w Gdańsku czy w Warszawie. Gdańsk i Pomorze mam właściwie całe objechane, bo na taką wycieczkę udawałam się prawie co weekend. Jak przeprowadziłam się tutaj, kontynuowałam to hobby. Tereny są naprawdę piękne. Jest dużo rzek – ja uwielbiam rzeki, kocham kajakować, rzeki mnie uspokajają. Okolica sprzyja takim wycieczkom. Czytałam tez o historii Piły i w książce też są takie wątki.

To w którym roku zostały potwierdzone prawa miejskie Piły?

O nie… Wiesz co, chyba interesował mnie trochę inny aspekt. Z dat nie jestem namocniejsza.

A jakie aspekty cię interesowały?

To są bardzo ciekawe tereny ze względu na to, że – podobnie jak Pomorze – były wielokulturowe. Bo i Niemcy, i Polacy, i autochtoni, którzy nie przynależeli ani do jednej, ani do drugiej grupy, tylko czuli się miejscowi. Nie ukrywam, że pracuję nad kolejną książką, związaną z wojennymi losami kobiet. To są rzeczy, które od dawna mnie interesują. Mam nadzieję, że pozbieram też kilka ciekawych historii z Piły.

To będzie książka dokumentalna?

To będą reportaże historyczne. I nie chcę więcej zdradzać.

Podróżowanie masz we krwi?

Lubię podróżować. Zwiedziłam okolicę, ale ciągnie mnie dalej. Oprócz tego, że kocham Włochy i staram się być najczęściej jak mogę – a nie da się tak często, będąc dziennikarzem – ciągnie mnie Azja. Miałam szczęście być w Malezji, w Indonezji i w Tajlandii. To mało, bo mam znajomych ze środowiska – nazwijmy je – geografów, którzy mają na koncie ponad czterdzieści krajów, więc ja z tymi kilkoma jestem przedszkolakiem. Ale złapałam od nich tego bakcyla i ciągnie mnie w tamte strony. Tajlandia jest cudowna. W tym toku już mi się nie uda, ale mam nadzieję, że być może w przyszłym znowu odwiedzę Azję.

Część „Dwunastu życzeń” powstawała w podróży.

Tak, ale to akurat Kasia była w Tajlandii w czasie wakacji. Tam sobie pisała. Podejrzewam, że przeżywała katusze, bo ciągnęła ją tam plaża, i wiele rzeczy do zobaczenia. Jej mąż z synkiem jechali na wycieczkę, a ona siedziała i wysyłała mi zdjęcia, że „zobacz, nie opalam się, tylko piszę”.

Aczkolwiek na tarasie…

Na tarasie, więc to zawsze trochę milsza aura. Zresztą to w ogóle śmieszne, bo w wakacje pisałyśmy książkę, której akcja toczy się przed Bożym Narodzeniem. Dopiero na koniec, kiedy zbierałyśmy wszystkie wątki, zaszyłyśmy się w lesie na Kaszubach, w domku taty Kasi, w którym było bardzo zimno – mimo, że w całej Polsce były upały – paliłyśmy w kominku i tak troszeczkę wprawiałyśmy się w klimat.

Jak się pisze na dwa pióra oddalone od siebie?

Wisiałyśmy non-stop na telefonie. Codziennie było po kilka telefonów, bo miałyśmy mało czasu na napisanie tej książki i trzeba to było zrobić szybko, sprawnie. Ale wątki poszczególnych bohaterek przenikają się. One biorą udział w tych samych sytuacjach. Co więcej, ten sam problem jest przedstawiony na dwa, a czasem więcej różnych sposobów, i to musiało mieć ręce i nogi. I żeby się nie potknąć, musiałyśmy to ze sobą konsultować. I to była największa trudność. A jeżeli chodzi o wizję, o styl pisania, czy pomysły, nie było żadnych problemów. Miałyśmy podobne pomysły i na wszystko się zgadzałyśmy.

Macie pomysł na kolejną wspólną książkę?

Nasza kolejna wspólna książka, która właściwie jest naszą pierwszą wspólną książką, ukaże się pod koniec stycznia. To był pomysł Kasi, która chciała koniecznia napisać historię zdrady małżeńskiej z perspektywy żony i kochanki. To było o tyle prostsze, że podzieliłyśmy się po prostu na dwie. Ona pisała historię z perspektywy żony, ja – niestety – tej nieszczęsnej kochanki. I to była nasza pierwsza książka, którą rozsyłałyśmy do wydawnictw. Ponieważ wydawnictwu WAB bardzo się spodobała, zaproponowali nam napisanie czegoś świątecznego. I tak powstało „Dwanaście życzeń”, które ukazały się szybciej ze względu na święta. A „Inna kobieta” – nasza kolejna wspólna książka – już w styczniu.

A pomysł na kolejną?

Być może w przyszłym roku coś jeszcze napiszemy, ale mamy też dużo pomysłów na własne książki.

Twoja?

Pracuję nad tymi reportażami historycznymi, ale po głowie od dłuższego czasu chodzi mi powieść psychologiczna pisana z perspektywy mężczyzny, który wraca do swojego dzieciństwa. Tam pojawia się dość tajemnicza bohaterka, która w pewnym momencie znika… Nie chcę więcej zdradzać.