Załoga misji Sensoria M5. Od lewej: Amanda Knutson, Karolina Sulich, Paul Tomko, JJ Hastings, Katie Dickieson i Brenda Trinidad. Fot. Zbigniew Komorowski
Załoga misji Sensoria M5. Od lewej: Amanda Knutson, Karolina Sulich, Paul Tomko, JJ Hastings, Katie Dickieson i Brenda Trinidad. Fot. Zbigniew Komorowski
360°Ludzie

„Space on Earth”: mamy tu trochę dziwną, ale jednak rzeczywistość

Krótki film o wielkich rzeczach – tak w skrócie można opisać „Space on Earth”. Producent i reżyser Tomasz Janczar tym razem produkuje dokument o miejscu, w którym bez wielkiego rozgłosu dzieją się rzeczy ważne z punktu widzenia przyszłości ludzkości.

W połowie września z zainteresowaniem śledziliśmy – także w Polsce – przebieg misji SpaceX Inspiration4. W wyniesionej w przestrzeń kosmiczną kapsule Resilience po raz pierwszy w historii znalazła się w pełni cywilna załoga. Dla wszystkich czworga astronautów był to pierwszy w życiu lot kosmiczny. Na fotelu pilota zasiadła doktor Sian Proctor, naukowczyni, profesor geologii specjalizująca się w komunikacji naukowej.

I tu zaczyna się wątek lokalny znad Gwdy i Noteci. Konkretnie znad Gwdy, bo dr Sian Proctor w 2018 spędziła dwa tygodnie w habitacie Lunares na lotnisku w Pile. W czasie misji Spectra pracowała jako naukowiec, i wtedy jeszcze marzyła o locie w kosmos. Jej historia pokazuje, że kosmos jest bliższy niż na co dzień może się wydawać. Przynajmniej w Pile.

Tymczasem jeszcze w tym roku obejrzymy dokument o życiu w habitacie Lunares. Producent i reżyser Tomasz Janczar oraz operator Zbigniew Komorowski spędzili kilka dni z analogowymi astronautami w czasie tegorocznej misji Sensoria M5, realizując zdjęcia do filmu dokumentalnego „Space on Earth”. Jak żyje się w miejscu, w którym na własnej skórze sprawdzają jak wygląda przyszłość ludzkości? Przynajmniej w tej wersji, w której część z nas będzie chciała albo będzie musiała opuścić Ziemię, by szukać szczęścia na innych planetach… O projekcie rozmawialiśmy kilka dni przed startem misji Inspiration4.

Space on Earth. Proj. Rafał Fronda
Space on Earth. Proj. Rafał Fronda

Tym razem dokument – nie fabuła.

Tomasz Janczar: Pójdę dalej: nie science fiction, a science documentary – tak to sobie nazwałem.

… Chociaż tytuł – Space on Earth – mógłby wskazywać na lekkie science fiction.

T: Yes… Zdecydowanie… I widzisz, został mi jeszcze ten angielski. Ale to – serio – z automatu, bo na planie używaliśmy głównie angielskiego. Tytuł anglojęzyczny, bo film będzie anglojęzyczny z polskimi napisami. A anglojęzyczny, bo prawie cała obsada jest amerykańska.

I bardzo sfeminizowana, z tego co widziałem na zdjęciach…

T: Bardzo, ale nie całkowicie. Jedynym mężczyzną w sześcioosobowej załodze tej misji był komandor Paul Tomko i bardzo się z tego powodu cieszę, że był tam razem z nami.

Załoga misji Sensoria M5. Z przodu (leży) Amanda Knutson, za nią od lewej: Katie Dickieson, Karolina Sulich, Paul Tomko, JJ Hastings i Brenda Trinidad. Fot. Zbigniew Komorowski
Załoga misji Sensoria M5. Z przodu (leży) Amanda Knutson, za nią od lewej: Katie Dickieson, Karolina Sulich, Paul Tomko, JJ Hastings i Brenda Trinidad. Fot. Zbigniew Komorowski

Jak się tam znaleźliście?

T: Do filmu przygotowywaliśmy się od jesieni ubiegłego roku. Często jeżdżę z rodziną rowerem w okolicach pilskiego lotniska. Po kilku przejażdżkach nieopodal schronohangarów zapaliła mi się lampka: czemu by nie zrobić o tym filmu. Chciałem wykorzystać to wyjątkowe miejsce.

Czyli habitat Lunares.

T: Myślę, że Piła ma się czym pochwalić. Agata i Leszek przygotowali przedsięwzięcie, jakich jest niewiele na świecie.

Agata i Leszek…

T: Leszek Orzechowski i Agata Mintus to założyciele i zarządzający habitatem Lunares. Współtworzą to miejsce, ściągają do Piły ludzi, którzy pasjonują się kosmosem, badają wszystko co związane z eksploracją przestrzeni kosmicznej. To jest tak złożone, że pracujące tam ekipy można nazwać interdyscyplinarnymi z pełną odpowiedzialnością za słowo.

Tomasz Janczar. Fot. Zbigniew Komorowski
Tomasz Janczar. Fot. Zbigniew Komorowski

W „Space on Earth” badasz historię habitatu, czy to jest film o konkretnej misji?

T: To film o tej konkretnej misji. Habitat przez lata się rozwijał i ciężko by było na nowym materiale opowiedzieć coś o historii tego miejsca. Zresztą każda misja jest wyjątkowa: ma inne założenia, inne cele. Ale myślę, że ta misja jest na tyle uniwersalna, że w jakimś uniwersalnym stopniu może przybliżyć ogólną specyfikę takich misji.

A tak konkretniej: to jest film o celach naukowych tej misji, czy o ludziach?

T: To jest film o ludziach, o miejscu i o relacjach między ludźmi i między ludźmi a miejscem.

Ile osób ekipy filmowej weszło do habitatu?

T: Ekipa filmowa brzmi dumnie, ale to był tylko Zbyszek Komorowski i ja.

Zbigniew Komorowski. Fot. Tomasz Janczar
Zbigniew Komorowski. Fot. Tomasz Janczar

Trzymajmy się jednak terminu „ekipa filmowa”. Przechodziliście taką samą drogę jak uczestnicy misji? Na przykład musieliście zakładać skafandry wychodząc na powierzchnię symulowanego Księżyca?

T: Na szczęście nie. Misje dzielą się na różne etapy: badania, szkolenia, wdrażanie przed misją. Zanim zacznie się właściwa misja, jej wstępny okres zaczyna się trzy czy cztery dni wcześniej. Ale w czasie zdjęć, nie udawaliśmy, że jesteśmy analogowymi astronautami i musimy przebierać się na tak zwane EVA – na wyjście na symulowany spacer poza bazę. Każde takie wyjście jest jednak obostrzone procedurami, których trzymała się załoga.

Ile dni spędziliście w Lunaresie?

T: Łącznie cztery pełne dni z czternastodniowej misji.

Zbigniew Komorowski (dołączył do rozmowy w jej trakcie): Nawet więcej. To były pełne cztery dni, kiedy byliśmy zamknięci od rana do wieczora. Jednego dnia zakończyliśmy zdjęcia o pierwszej w nocy.

Zabrakło dla was kapsuł do spania?

Z: Na pewnym etapie przygotowań był taki pomysł, ale ostatecznie zdecydowaliśmy się wyjść i przenocować w domach. Dwa dni przed rozpoczęciem misji byliśmy jeszcze na dokumentacji, żeby zapoznać się z ekipą, obejrzeć dokładnie rozkład pomieszczeń, chociażby po to, aby wiedzieć jak się przygotować i jaki konkretnie sprzęt zabrać.

Załoga analogowej misji Sensoria M5 w sypialni. Na górze od lewej: Katie Dickieson, Karolina Sulich i Amanda Knutson. Na dole od lewej: JJ Hastings, Brenda Trinidad i Paul Tomko.
Załoga analogowej misji Sensoria M5 w sypialni. Na górze od lewej: Katie Dickieson, Karolina Sulich i Amanda Knutson. Na dole od lewej: JJ Hastings, Brenda Trinidad i Paul Tomko.

Dużo tego było?

Z: Początkowo wzięliśmy za dużo. Zastawiliśmy sprzętem cały pokój do badań medycznych. Każdego kolejnego dnia zabieraliśmy trochę mniej, albo wymienialiśmy na to, co rzeczywiście okazywało się potrzebne. Nie pomyśleliśmy na przykład, że nie użyjemy dużej blendy, bo nie ma na to miejsca, dlatego wymieniliśmy je na takie małe flagi, które nikomu nie przeszkadzały.

Twoja praca – praca operatora – bardzo różniła się od tego co robiłeś do tej pory?

Z: Byliśmy już w wielu miejscach, nagrywaliśmy w kopalni, pod wodą, w gondoli wiatraka elektrowni wiatrowej, ale być zamkniętym na tak niewielkiej powierzchni, choćby przez jeden dzień, ale z ludźmi którzy są tam już od kilku dni, to było nowe doświadczenie.

Tomek, dlaczego się śmiejesz?

T: Bo to było nowe doświadczenie, nowi ludzie, fajna ekipa – naprawdę bardzo towarzyska, otwarta, pomocna. Po ostatnim dniu zdjęciowym stwierdziliśmy, że ciężko będzie to pobić czymkolwiek, bo musielibyśmy już polecieć w kosmos, żeby przebić te dziwne doświadczenia: i zamknięcie i pewien stopień izolacji. Nawet jeżeli jest się tam kilkanaście godzin w ciągu dnia zdjęciowego niejako partycypuje się w misji. Jako tak zwani documentary crew byliśmy członkami ekipy, którzy mogą opuszczać habitat. Pozostali członkowie przez dwa tygodnie przebywali w zamknięciu. Byliśmy takimi łącznikami ze światem zewnętrznym – mogliśmy powiedzieć jaka jest pogoda. Chociaż te cztery dni zdjęciowe mogą być mylące, bo – jak wspomniał Zbyszek – były też dni zapoznawcze, dni testowe, nawet na wiosnę z zupełnie inną załogą i misją. Poza tym mieliśmy także bieżący kontakt online z członkami misji Sensoria M5 poza dniami zdjęciowymi – musieliśmy na bieżąco ustalać pewne rzeczy, żeby oni też mogli przygotowywać się na to, czego mogą spodziewać się po danym dniu zdjęciowym: czy przyjdziemy z samego rana i będziemy nagrywać ich pobudkę, czy spacer kosmiczny EVA, czy pracę w biolabie, czy w warsztacie, czy kolację. Cztery dni zdjęciowe nie brzmią zbyt szumnie, ale faktycznie spędziliśmy razem łącznie kilkadziesiąt godzin i wewnątrz i w bieżącym kontakcie online.

Załoga misji Sensoria M5. Od lewej: Amanda Knutson, Karolina Sulich, Paul Tomko, JJ Hastings, Katie Dickieson i Brenda Trinidad. Fot. Zbigniew Komorowski
Załoga misji Sensoria M5. Od lewej: Amanda Knutson, Karolina Sulich, Paul Tomko, JJ Hastings, Katie Dickieson i Brenda Trinidad. Fot. Zbigniew Komorowski

To skoro mowa o ludziach: kogo spotkaliście w habitacie?

T: Podczas misji Sensoria M5 mieliśmy naprawdę ciekawy zbiór osobowości – różnych pod względem wieku, doświadczeń zawodowych, zakresu kompetencji, mających różne doświadczenie w analogowych misjach kosmicznych. Byli debiutanci jak na przykład Katie Dickieson, która dołączyła do misji w ostatniej chwili ze względu na kontuzję innego członka załogi. Ale była także JJ Hastings, która ma za sobą już sporo analogowych misji a przy okazji współpracuje ze SpaceX. Najmłodszą uczestniczką była przesympatyczna Amanda Knutson, która na co dzień służy w US Air Force. Funkcję komandora pełnił Paul Tomko, który był dla naszej ekipy ogromnym wsparciem podczas dni zdjęciowych. Jedyną Polką w tym amerykańskim towarzystwie była Karolina Sulich. Z kolei trochę starszą część społeczeństwa reprezentowała niezwykle serdeczna Brenda Trinidad, która była takim dobrym duchem załogi.

W analogowym kosmosie odbierają ziemskie telefony?

T: Nie wiem jak telefony, ale na pewno mają łącze internetowe.

Z: Kontaktowaliśmy się przez komunikatory: rozmowy video i czaty.

Załoga misji Sensoria M5 w wydaniu mniej oficjalnym. Na górze od lewej: Katie Dickieson, Karolina Sulich i Amanda Knutson. Na dole od lewej: JJ Hastings, Brenda Trinidad i Paul Tomko. Fot. Zbigniew Komorowski
Załoga misji Sensoria M5 w wydaniu mniej oficjalnym. Na górze od lewej: Katie Dickieson, Karolina Sulich i Amanda Knutson. Na dole od lewej: JJ Hastings, Brenda Trinidad i Paul Tomko. Fot. Zbigniew Komorowski

W nagranym materiale dużo jest momentów prywatnych?

T: To jest właśnie ten społeczny aspekt filmu. Nie interesowały nas wyłącznie badania naukowe, a wręcz czasami schodziły na dalszy plan, bo tak zwane życie codzienne, relacje między ludźmi, ich zgranie, poczucie humoru, stawały się priorytetem. Myślę, że to będzie wyróżnik, bo „Space on Earth” nie ma pokazywać naukowców, którzy w ciszy i skupieniu pracują nad własnymi projektami. Oczywiście był czas wygospodarowany na indywidualną pracę, bo niemal każdy przyszedł tam z własnym projektem badawczym, ale było dużo wspólnego czasu i wspólnych działań – zarówno naukowych, jak i czysto rozrywkowych.

Z: Cele zespołowe, które mieli do wykonania, w większości opierały się na pracy zespołowej, więc relacje międzyludzkie musiały być po prostu dobre, aby ta praca dała jakiś efekt.

Wasza obecność w jakiś sposób wpłynęła na przebieg misji? Nie skarżyli się, że zepsuliście plany?

Z: Mam nadzieję, że tak nie było. Na przykład mieliśmy nasze przydziały posiłków liofilizowanych, więc nie wyjadaliśmy z lodówki. Nie dało się nas jednak nie zauważyć – faceta z dużą kamerą i drugiego z zestawem do nagrywania dźwięku – do tego co chwilę ustalenia co będzie działo się za chwilę, żebyśmy mogli przygotować się do ujęcia… Mam nadzieję, że nie zepsuliśmy żadnego planu.

Wchodziliście do habitatu ze scenariuszem czy tylko z ogólnym pomysłem?

T: Z ogólnym pomysłem i listą ujęć.

Czyli wiedzieliście co chcecie nagrać.

T: Mniej więcej. Ale – jak bywa w dokumencie – rzeczywistość weryfikuje wizję, a – jak bywa w filmie – scenariusz pisze się trzy razy: pierwszy raz na papierze, drugi raz podczas zdjęć, a trzeci – już na montażu. I tutaj jest podobnie.

Amanda Knutson w czasie nagrania. Fot. Tomasz Janczar
Amanda Knutson w czasie nagrania. Fot. Tomasz Janczar

Montaż dopiero przed wami.

T: Tak, pewnie spędzimy nad nim wiele dni z Kamilem Januszewskim. (śmiech)

To będzie krótki metraż…

T: Krótki i wolałbym, żeby był raczej z tych krótszych niż dłuższych.

Czyli?

T: Czyli około piętnastu minut. Mocna selekcja i kondensacja materiału.

Z: Co nie będzie proste, bo materiału mamy naprawdę sporo.

Ile godzin?

Z: Każdego z tych pełnych dni zagrywaliśmy dwie 128-gigabajtowe karty i za każdym razem jeszcze brakowało miejsca.

T: Wyszło niemal osiem godzin materiału.

Praca z kamerą w ciasnych pomieszczeniach habitatu Lunares nie należała do łatwych. Fot. Tomasz Janczar
Praca z kamerą w ciasnych pomieszczeniach habitatu Lunares nie należała do łatwych. Fot. Tomasz Janczar

Czyli selekcja będzie naprawdę mocna.

T: Z jednej strony to jest komfort pracy, że raczej ma się z czego wybierać, ale z drugiej – dyskomfort, bo zawsze trzeba z czegoś zrezygnować. I czasami z pewnych rzeczy trudno zrezygnować, bo się jest do nich w jakiś sposób przywiązanym. I to są dość trudne decyzje, bo od nich finalnie zależy jaki kształt i jaki charakter film ma obrać.

Zdradzisz jaki kształt będzie miał film? To będzie obraz z narratorem a’la Krystyna Czubówna, czy narracja będzie toczyła się głosami bohaterów?

T: Nie mogę tego zdradzić, bo sam do końca jeszcze nie wiem. Ale zabezpieczyliśmy się na kilka ewentualności. To jedna z tych decyzji, które zapadną podczas montażu.

Doświadczenia z „Echem” jakoś się przełożyły?

T: Doświadczenia z „Echem” w przestrzeni kosmicznej raczej na niewiele się przydały. W kosmosie dźwięk się nie rozchodzi, nie ma echa. (śmiech)

A w przestrzeni produkcyjnej?

T: Te filmy są zupełnie różne. Tam była fabuła ze znacznie większym rozmachem jak na nasze lokalne warunki. „Space on Earth” jest bardzo kameralny, robiony dużo mniejszym nakładem – i finansowym, i ludzkim. Było dużo więcej spontaniczności i decyzji ad hoc podejmowanych w czasie zdjęć. No i to jest jednak żywa materia w sensie takim, że mamy do czynienia nie z aktorami a z prawdziwymi ludźmi, więc trzeba mieć zupełnie inne podejście. Jeżeli tam stworzyliśmy sobie fikcyjny świat – „Echo” nie starało się być filmem realistycznym, miało raczej dość uniwersalny wydźwięk, nie był to film osadzony w żadnej konkretnej rzeczywistości – tak tutaj mamy może trochę dziwną, ale jednak rzeczywistość.

Tomasz Janczar z porcją liofilizowanego jedzenia. Fot. Tomasz Janczar
Tomasz Janczar z porcją liofilizowanego jedzenia. Fot. Tomasz Janczar

Dziwną? W sumie… A propos: jak poradzili sobie bohaterowie z pracą przed kamerą?

T: Załoga była po prostu wspaniała. Paul Tomko, oprócz naprawdę niezłych umiejętności aktorskich, z racji swojego kilkuletniego pobytu w Los Angeles, ma sporą wiedzę na temat produkcji filmowej. Wiele razy sam proponował nam nagranie konkretnych scen, a nawet sugerował ustawienia kamery. Amanda z kolei czuje się przed kamerą jak ryba w wodzie – to już przedstawicielka młodszego pokolenia, które obecność kamer i obiektywów uznaje za coś naturalnego. Wszyscy członkowie załogi byli bardzo otwarci i często wychodzili z inicjatywą, aby coś zaimprowizować, nagrać jakiś eksperyment. Starali się zachowywać naturalnie i myślę, że z każdym kolejnym dniem zdjęciowym było to coraz bardziej widoczne.

Przybliżony termin premiery to…

T: Grudzień tego roku. Do zamknięcia produkcji w tym roku jesteśmy zobligowani, bo jest to projekt stypendialny. Otrzymałem na niego stypendium kulturalne od Marszałka Województwa Wielkopolskiego. Dzięki takim grantom możliwa jest realizacja filmów, które nie mają potencjału komercyjnego, ale w jakiś sposób jest to promocja Wielkopolski i Piły.

Zbyszek, podejrzewam, że jako operator byłeś już wcześniej w Lunaresie.

Z: Tak, byłem na otwarciu – robiłem materiał bardziej niusowy, później byłem jeszcze ze dwa razy na dniach dla mediów.

Zbigniew Komorowski. Fot. Tomasz Janczar
Zbigniew Komorowski. Fot. Tomasz Janczar

Bardzo różniła się wasza obecność od tego co wtedy widziałeś?

Z: To są dwie różne rzeczy. Nie da się tego porównać. Będąc w otoczeniu dziennikarzy i ludzi, którzy są tam na miejscu, ale mają czas przeznaczony dla nas, żeby odpowiedzieć na pytania, zrealizować materiał informacyjny. Tym razem było inaczej, obserwowaliśmy z boku pracę ludzi, którzy mieli do wykonania określone zadania, w których nie mogliśmy im za bardzo przeszkadzać, nie mogliśmy dublować. Nie było to takie proste, jak na przykład przy nagrywaniu „setki” do niusa.

Realizacyjnie, operatorsko to było trudne miejsce ze względu na niewielką przestrzeń?

Z: Tak. Jak już mówiłem, musieliśmy ograniczać sprzęt. Poza tym początkowo mieliśmy problemy ze światłem. Światło zastane, które znajduje się w bazie symuluje dzień i noc. W zależności od misji czy pory dnia, może być na przykład niebieskie lub czerwone. Może się też różnić w zależności od pomieszczenia.

Pierwszą rzeczą, z którą się spotkaliśmy, kiedy weszliśmy pierwszego dnia rano, było migotanie obrazu. Szybko ustaliliśmy z komandorem Paulem Tomko, że częstotliwość oświetlenia nie odpowiada naszym standardom – udało się to zmienić przez aplikację zarządzającą oświetleniem w bazie.

Na co dzień jesteśmy przyzwyczajeni do światła dziennego. Nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale tego światła jest dużo. W habitacie wszystko jest w półmroku. W wizjerze widać to od razu – nie da się wpuścić do obiektywu więcej światła niż jest w rzeczywistości. Trzeba było sobie radzić doświetlając niektóre sceny małą lampką, albo stosując inne zabiegi by obraz był wystarczająco naświetlony.

Tomasz Janczar. Fot. Tomasz Janczar
Tomasz Janczar. Fot. Tomasz Janczar

Oprócz wiadomości o tym jaka jest pogoda na zewnątrz, mogliście przynosić inne niusy z Ziemi?

Z: Ja takich tematów nie podejmowałem, ale Tomek raz przyniósł jogurt.

T: Od razu dodam, że było to za zgodą dowództwa, a jogurt przeznaczony był do celów naukowych. A na analogowym Księżycu mają dostęp do Internetu, więc wiedzą co dzieje się na Ziemi. Zresztą odległość do Księżyca jest taka, że w warunkach rzeczywistej misji astronauci będą mieć dobrą łączność z Ziemią. Do Marsa jest zdecydowanie dalej, więc tu pewnie wystąpi jakieś opóźnienie w przesyłaniu sygnału.

„Space on Earth” to kolejny film, który zrobiłeś w Pile.

T: Jakiś rodzaj satysfakcji sprawia mi fakt, że robię kolejny film, który, pomimo swojej tematyki, jest tak mocno osadzony w realiach lokalnych. I to wręcz takich moich sąsiedzkich, bo sama baza znajduje się około trzech kilometrów od mojego domu.

To była twoja motywacja? Jesteś lokalnym patriotą i chciałeś zrobić coś fajnego o miejscu w którym żyjesz?

T: Nie było to moją motywacją, ale tak trochę wyszło. Chciałem po prostu zrobić coś innego, coś czego wcześniej nie robiłem, coś trochę wyróżniającego się na tle naszej codziennej pracy.


Przeczytaj także rozmowę z Tomaszem Janczarem przed premierą filmu „Echo”:

Echo

Więcej regionalnych tematów znajdziesz na www.magazyn67.pl i na Facebooku:

Marcin Maziarz
Wydawca Magazynu67. Zakochany w regionie nad Gwdą i Notecią oraz w Pojezierzu Wałeckim. Ceniący i chętnie odwiedzający krainy nieco dalsze: Pojezierza: Drawskie i Szczecineckie, Kaszuby i wybrzeże Bałtyku ze szczególną atencją dla Półwyspu Helskiego i Zatoki Puckiej. Uzależniony od poszukiwania miejsc, w których jeszcze go nie było, od słuchania ludzi, którzy mają coś do powiedzenia i od spisywania historii, które mają sens. Do tej listy rodzina dodałaby jeszcze „weź, nie rób już tylu zdjęć”. Od czasu do czasu pokazuje się w TV Asta. Prywatnie tata dwóch synów i niemąż jednej nieżony.