Tamara Krakowiak. Fot. Tamara Krakowiak (autoportret)
Tamara Krakowiak. Fot. Tamara Krakowiak (autoportret)
Podróże

Tamara Krakowiak: Podróży winna Sabaudia

Chciała wiedzieć więcej o winie, więc spakowała się i wyjechała pracować w winnicy. Tamara Krakowiak odważyła się porzucić stabilne życie w Pile, by spełniać marzenia i poznawać nowy świat z bliska oglądając to, co ją zafascynowało.

Rozmowa miała miejsce 5 listopada 2017 r. Została opublikowana w drugim numerze Magazynu67 (kwiecień – maj 2018).

Tamara Krakowiak. Fot. Tamara Krakowiak (autoportret)
Tamara Krakowiak. Fot. Tamara Krakowiak (autoportret)

Udało nam się umówić w dniu, w którym rano jest trochę słońca. Nie brakuje ci go?

Troszkę brakuje. Chociaż muszę przyznać, że ta jesień przywitała mnie dużo sympatyczniej niż poprzednia, ponieważ zeszłej jesieni – jak wróciłam – przez tydzień padało dzień w dzień.

Depresja?

Prawie. Taki przeskok ze słońca w deszcz, deszcz i deszcz był nieprzyjemny. A teraz kiedy wróciłam, było ładniej. Nawet chodziłam w krótkim rękawku, więc nie odczułam aż tak drastycznej różnicy.

A tam gdzie byłaś, byłaś przez ostatnie…

Cztery miesiące.

Gdzie właściwie?

Courchevel. To jest – można powiedzieć – prawie serce francuskich Alp. Wysokość tysiąc osiemset metrów i słońce… Dużo słońca. Później przeniosłam się bardziej na niziny i tam też było dużo słońca. Też było ciepło.

Po co pojechałaś?

Pracować.

Ale przy okazji robiłaś ciekawsze rzeczy.

Przede wszystkim zdjęcia. Dużo wędrowałam po górach. Jak tylko miałam okazję, szłam w góry. Góry są przepiękne. Czy nasze Tatry, czy Alpy we Francji czy jakiekolwiek inne góry. Mnie swego czasu bardzo pociągały i wolałam je dużo bardziej niż morze. Później trochę mi się odwróciło, ale jednak wróciłam do gór i cieszę się z tego. A później pracowałam w winnicy przy zbiorze winogron. Bardzo chciałam to robić i nie mogłam doczekać się tej pracy, bo kiedy przyjechałam do Francji, wino stało się dla mnie fascynującym tematem.

Bo…

Oczywiście nie jestem ekspertem. Może nie jestem już zupełnym laikiem, bo coś już wiem, ale… Temat wina we Francji jest szalenie rozległy, więc jestem na początku tej drogi. Chciałam tam pracować, żeby dowiedzieć się czegoś więcej na temat wina: jakie są etapy produkcji, z czego wino się robi, jak się przetwarza, jak fermentuje. No i przede wszystkim degustacje…

Do degustacji przejdziemy za chwilę. Zacznijmy od początku: czy to jest ciężka praca?

Nie pracowałam tam długo. Może gdybym popracowała dłużej, to bym to odczuła, ale byłam na tyle zafascynowana tym wszystkim, że te – powiedzmy – trudy pracy nie dały mi się we znaki. Chociaż każdy mi mówił, że to jest tak ciężka praca… Czy ja wiem? Jest kilkanaście osób, wszyscy ze sobą rozmawiamy, jesteśmy na świeżym powietrzu w przepięknych krajobrazach. Winogron najadłam się potąd…

To wina będzie mniej.

Mam nadzieję, że nie, że nie zaważyłam na ilości. Słońce, ciepło… Raz padało i wtedy przerwaliśmy pracę.

Jak wygląda sam zbiór? To jest praca wyłącznie ręczna?

Każdy zbiór winogron wygląda trochę inaczej, bo to zależy od tego jakie szczepy się zbiera, co chce się z nich uzyskać, czy szypułkuje się je od razu czy później… Tam gdzie pracowałam, był traktor, była wielka przyczepa. W jej środku śruba, która mieliła winogrona. Zbieraliśmy je do wiader przy pomocy sekatora. Oczywiście pocięłam się pierwszego dnia.

Nie było szkolenia BHP.

No nie było. Jedna osoba chodzi z wielkim, plastikowym wiadrem na plecach i te wszystkie małe wiaderka, do których my zbieramy, wrzucamy do tego dużego. Później ta osoba niesie winogrona do przyczepy, wchodzi po drabinie, nachyla się i wrzuca do środka. Ona ma dopiero ciężką pracę, bo jak świeci słońce, dla nas jest super. Ja się opaliłam i byłam przeszczęśliwa, natomiast kiedy jest ciepło, to ta osoba, która nosi to wielkie wiadro, musi z nim chodzić pod górkę i z górki… Nie jest jej lekko. Ja nie odczułam trudów tej pracy. Dla mnie było przyjemnie.

Te przemielone winogrona trafiają do…

Są zasysane plastikową rurą do następnej maszyny, w której obraca się bęben. Wycieka z niej sok. Akurat tam gdzie pracowałam, dominują szczepy białe. Wino białe uzyskuje się trochę inaczej niż czerwone, bo fermentowany jest sok. W przypadku winogron czerwonych najpierw fermentują owoce, dopiero potem pozyskuje się sok, który jeszcze raz fermentuje. Ale wracając do maszyny – sok z niej trafia do zbiorników i w nich następuje fermentacja. Dla mnie to było fascynujące. Myślałam sobie: skąd oni wiedzą, że to wino jest już dobre? Te zbiorniki są ogromne. Na zewnątrz mają taką probówkę, w której mierzy się zawartość cukru, i w zależności od zawartości cukru wiadomo, że wino przeszło już odpowiednio proces fermentacji. I wtedy jest butelkowane.

I trafia do wielkiej piwnicy?

Może ta piwnica nie jest taka wielka. Byłam w regionie Savoie – po polsku Sabaudia. To region, który do niedawna był uważany za marginalny, jeżeli chodzi o produkcję wina. Tam nie ma takich wielkich winnic, jak na przykład w Bordeaux. Był uważany za taki, w którym produkuje się tylko wina stołowe, czyli takie na domowy użytek, raczej nie za wysokiej jakości, takie o których nie mówiło się, że to są wina szlachetne, czy znane. Dopiero od niedawna Sabaudia jest regionem, który pnie się w górę, w którym odkrywa się potencjał winiarski. Tam są szczepy charakterystyczne tylko dla tego regionu, których nie produkuje się nigdzie indziej. Region ma już znaczek AOC, czyli Appellation d’Origine Contemporaine. To jest znak, który wskazuje na przykład jakie szczepy można uprawiać na danym terenie, jaka jest wydajność, ile wina można pozyskać, kiedy wino wchodzi na rynek. To tak jak u nas oscypki – oscypek może być produkowany tylko tam, z takiego mleka, przez tego producenta. Te wina stają się coraz bardziej znane i zyskują coraz większy prestiż, ale akurat tam gdzie pracowałam, nie ma takich winiarni, w których leżałyby beczki. Te wina nie są beczkowane – są od razu butelkowane i odkładane do piwnicy. Zima to jest czas ich oklejania, sprzedaży, poszukiwania rynków zbytu. To są młode wina. Prawie od razu są gotowe do picia. Jest na przykład czerwony szczep, z którego wina można przechowywać maksymalnie pięć lat. Po tym czasie tracą na smaku, stają się po prostu niedobre. Jest zupełnie inaczej niż w winnicach bordoskich, w których leżą beczki, piwnice są wielkie. Ale ma to swój urok.

Co w tym urokliwego?

Akurat u tej rodziny, u której pracowałam, winnicę prowadzi szóste pokolenie. Oni to wino mają – tak to nazwijmy – we krwi. I naprawdę fantastyczne patrzy się, jak dla ludzi ich praca jest pasją. Oni w winnicy byli przez cały czas. Byłam zdziwiona, że można znaleźć tyle zajęć w miejscu, które nie jest szczególnie rozległe – tam jest dziesięć hektarów. OK, zebranie winogron to jest praca – było nas tam kilkanaście zatrudnionych osób, ale właściciele byli przez cały czas na miejscu. Dla mnie to było fantastyczne – patrzeć, jak oni się fascynują tą pracą. Jak bycie w tej winnicy i nadzór nad wszystkim jest częścią ich życia.

Ile pokoleń pracuje w tej winnicy?

Pracuje moje pokolenie, czyli właściciel, i jego ojciec. Pomaga brat i mama, która jest od wszystkich spraw papierkowych. Natomiast ja mieszkałam u dziadków właściciela, którzy są już dobrze po osiemdziesiątce – oni mają jeszcze winorośle przed swoim domem, i też coś tam sobie produkują. Ale doglądają też winnicy. Zresztą spałam u nich, więc opowiadali mi, jak oboje pracowali przy winie. Teraz są maszyny i wygląda to zupełnie inaczej. Kiedyś to było dużo trudniejsze. Jak opowiadali o tym, to… wow!

Przejdźmy do degustacji. Jakie są wina z Sabaudii?

Dobre.

Coś więcej?

Przede wszystkim są to wina białe. Nie jestem wielką fanką białego wina. Tam jest wino mocno wytrawne. Takie mineralne.

Co to znaczy?

Jakby to wyjaśnić… To wino jest mocno kwasowe. Nie jest słodkie. Mi bardzo smakują wina słodkie z Chile. Są super. O co chodzi z tą mineralnością… We Francji bardzo ważny jest mikroklimat, gleba, ukształtowanie terenu. I jeżeli mówimy o winach z Sabaudii, to te wina – nawet jeżeli są produkowane z tych samych szczepów – mogą się różnić smakiem, pewnymi nutami, które można wyczuć. Właśnie mikroklimat, czy gleba, czy nasłonecznienie, czy ukształtowanie terenu, bardzo odzwierciedlają się w winach francuskich. To jest to, dlaczego wina francuskie są mocno złożone, i dlaczego Francję uważa się za kraj mocno winiarski, z dużą tradycją. U nich terytorium – to territoire – ma bardzo duży wpływ na produkcję wina. Tak samo na przykład w winnicach bordoskich – jeżeli mamy winnice oddalone od siebie o kilka kilometrów – wina z nich mogą się różnić. I to jest fascynujące. Tam gdzie byłam, smakowałam kilku win z różnych roczników. Pamiętam jedno. Wcześniej nie mogłam zrozumieć, jak ludzie mówili na przykład, że w Burgundii w niektórych winnicach w winie czuć zapachy obory: słomy, skóry, zwierząt. To nie znaczy, że to wino jest niedobre – ono bardzo ładnie pachnie, ale po prostu czuć w nim te nuty. Nie potrafiłam tego zrozumieć, dopóki tam nie posmakowałam jednego wina i dosłownie czuć było w nim tamtejszą glebę. To jest niesamowite odczucie zmysłowe. Gleba tam jest uboga, z kamyczkami, mocno mineralna. I to czuć. Te wina są specyficzne, ale naprawdę dobre. Tam gdzie pracowałam, jest jeden szczep: mondeuse. Czerwony. On jest odpowiednikiem szczepu syrah. Genetycznie one są prawie identyczne – zrobiono ich badania. To są szczepy, które dają wina pikantne, z pazurem. Jest też szczep jacquere. Jest nawet ulica Jacquere – jest tam bardzo znany. Te szczepy są uprawiane właściwie tylko w Sabaudii, są charakterystyczne dla tego regionu.

Fanką wina zostałaś dopiero teraz?

Tak. Zaczęłam odkrywać wino przez znajomego, który był odpowiedzialny za restauracje w kilku hotelach. Mieli mnóstwo degustacji, zjeżdżali do nich producenci, którzy przedstawiali swoje wina. Zaczął mnie wprowadzać w ten świat. Jak zaczęłam odkrywać go na własną rękę, uczyć się o szczepach, okazało się to fascynujące. A wcześniej byłam – tak jak większość – fanką popularnych marek, znanych z reklam telewizyjnych.

Skoro poruszyłaś ten temat: można w hipermarkecie znaleźć dobre wino za dwie – trzy dychy?

Ostatnio znalazłam w markecie wina z Saint-Émilion. To bardzo znane z win, przepiękne i przeurocze miasteczko, w którym jest sklep z winami, a za nim – kolejny, i w każdym degustacje. Najdroższe wino jakie tam widziałam, kosztowało piętnaście tysięcy euro. Było z roku 2000, z winnicy w Pomerol. Ale wracając do wina z marketu – to kosztowało czterdzieści złotych i było naprawdę dobre.

Wróćmy do Francji. W winnicy razem z tobą pracowali miejscowi, czy były też osoby, które przyjechały do pracy, bo chciały wejść w ten świat?

To były osoby, które gdzieś tam mieszkają, trudnią się pracami dorywczymi. Nie sądzę, żeby dla nich wino było fascynującym tematem. Raczej po prostu chcieli zarobić. Pracowała tam cała rodzina, całe pokolenia, ciotki, wujkowie i kilka znajomych osób spoza rodziny.

Czyli byłaś jedyną obcą osobą?

Tak. Najlepsze było to, że po prostu dostałam adres. Nie wiedziałam gdzie będę, z kim będę. Właściciela winnicy widziałam na oczy raz i zamieniłam z nim trzy słowa parę miesięcy wcześniej. Ale trafiłam do przesympatycznych ludzi. To w ogóle było niesamowite, bo przyjeżdża obca dziewczyna gdzieś z Polski, a dziadkowie udostępnili mi swój dom, pokój. Było fantastyczne stare, drewniane łóżko, i taka szafa… To był pokój jeszcze którejś z babć. Rewelacja. Bardzo szybko obeszłam z tą panią cały dom, pokazała mi wszystkie stare zdjęcia, szybko nawiązałyśmy kontakt. To było super doświadczenie, odkrywanie ludzi, odkrywanie zwyczajów. Jedliśmy wszyscy razem przy stole w domu. Oczywiście do każdego posiłku było wino, do każdej przerwy w pracy też. I to też fajnie tak posiedzieć, popatrzeć, posłuchać. Może za dużo nie rozumiałam, bo kiedy Francuzi zaczynają rozmawiać między sobą, mówią bardzo szybko, więc miałam spory problem. Ale mimo wszystko to było naprawdę super doświadczenie.

Właściwie w jaki sposób tam trafiłaś?

Ten producent sprzedaje wina do hotelu, w którym pracowałam. Szukałam pracy, rozpuściłam wici, że chciałabym pracować przy winie. No i masz… Mam znajomego, dam ci adres. I pojechałam…

I od pierwszego kontaktu przyjęli cię jak swoją?

Tak. Słyszałam różne opinie o Francji. Zresztą zanim pojechałam, nie miałam żadnego kontaktu z tym krajem. No, raz byłam u kuzynki, jak miałam chyba piętnaście lat. I to było wszystko. Ale nie znałam języka, nie znałam kultury, nie znałam Francuzów, więc nie miałam zdania. Pojechałam tam jako „czysta karta”. I – szczerze – nie spotkałam się z Francuzami, którzy byliby niemili. Wiadomo, każdy ma zły dzień, ale uważam Francuzów za sympatycznych, raczej otwartych, gaduły. Zawsze można pogadać, zapytają co, jak. Od razu poczułam się bardzo jak w domu i to było fajne doświadczenie, bo byłam obca. Raz, że nigdy mnie na oczy nie widzieli, a dwa – z innego kraju. To też u niektórych wpływa na postrzeganie ludzi, a ja tego nie odczułam. Szybko się zaaklimatyzowałam. To chyba też zależy od tego, czy jest się otwartym na innych. Nie podchodzę do ludzi z uprzedzeniami, że teraz może spotkać mnie coś złego, albo że będą niemili. Nie myślę o takich rzeczach. Po prostu jadę.

Mówiłaś, że to biznes rodzinny od sześciu pokoleń. Gospodarze chętnie dzielili się z tobą – obcą – wiedzą winiarską?

Do tej rodziny przyjechałam wieczorem, nie wiedziałam dokładnie gdzie ten dom jest, ale zaczęło się od „Tamara, to ty? A to ty mówisz po francusku?”. Więc na dzień dobry było dobrze, bo jak się mówi po francusku, to dla Francuzów jest już miłe. I od razu zadałam setki pytań: co to jest, jak to się robi, co tu się dzieje. Nie było żadnych problemów w rodzaju „tego ci nie powiem, bo to nasz sekret”. Na wszystkie pytania dostałam bardzo wyczerpujące odpowiedzi.

Taka podróż do pracy, w której poszerzasz wiedzę, poznajesz ludzi, oglądasz świat, zmienia życie?

Bardzo.

Jak bardzo?

Wyjechałam będąc w parze. To miało być na wakacje, żeby trochę zarobić, ale rzeczywistość okazała się inna. Gdzieś tam po drodze się rozstaliśmy, i to było dla mnie dość traumatyczne, ale koniec końców zostałam tam sama bez języka, nie znając nikogo. Na szczęście dzień wcześniej udało mi się zahaczyć w pracy, więc mogłam tam dalej egzystować. Ale pierwszy moment, kiedy człowiek zostaje sam w obcym kraju, jest bariera językowa, jest straszny – brak możliwości komunikacji. Idziesz po ulicy i masz wrażenie, że ludzie mówią po chińsku, że jesteś gdzieś na Marsie i niczego nie jesteś w stanie zrozumieć. Znałam trzy słowa: dzień dobry, do widzenia i dziękuję. Ten pierwszy moment był naprawdę ciężki, ale jak patrzę na to z perspektywy czasu, dało mi to bardzo dużo. Ten wyjazd tyle zmienił w moim życiu, bo nie miałam kogoś, kto by przyszedł i powiedział „ojej, Tamara, ty jesteś taka biedna, tak ci ciężko”. Nikogo nie obchodziło co przeżywam wewnętrznie. I w takim momencie człowiek ma dwa wyjścia: spakować się i z podkulonym ogonem wrócić na stare śmieci, albo powiedzieć sobie „kurde, jakoś tu trzeba egzystować dalej”. I zacząć egzystować.

Za chwilę wracasz do Courchevel. Nie planujesz powrotu do Polski na stałe?

Na tę chwilę jakoś nie marzy mi się to. Oczywiście tęsknię za Polską, za polskim jedzeniem, za pierogami, za ziemniakami, za żurkiem. Tęsknię, bo jednak tu jest mój dom, tu mam rodzinę, znajomych, przyjaciół, tu mogę się porozumiewać tak, że potrafię wyrazić to co chcę i jak chcę. Po francusku nie mówię na tyle dobrze, żeby wszystkie emocje, które mam w sobie, móc łatwo, z lekkością wypowiedzieć. Ale, szczerze mówiąc, jak już zasmakowałam życia tam, to nie widzę siebie, żebym mogła osiąść na stałe w Polsce. Z drugiej strony nie widzę siebie, żebym mogła osiąść na stałe we Francji. Bardziej widzę siebie w byciu między jednym i drugim krajem. Nie wiem jeszcze dokładnie co by to mogło być i w jakiej formie mogłabym pracować, ale bardziej mobilnie. Nie jestem taka, żeby osiąść w jednym miejscu.

Czujesz się podróżniczką?

Ja chyba zawsze miałam w sobie taką chęć podróżowania, odkrywania. Zawsze ciągnęło mnie, żeby coś zobaczyć, coś zwiedzić. I to mi zostało gdzieś w środku, a teraz mam możliwość realizacji planów, które były gdzieś głęboko. Będąc teraz we Francji, jak już skończyłam pracę w hotelu, a jeszcze nie zaczęłam pracy w winnicy, zrealizowałam moje marzenie. Od dziecka marzyłam, żeby pojechać do Camargue. To region we Francji, w którym żyją już nie dzikie, ale ciągle półdzikie konie. Konie były moją pasją odkąd pamiętam. Moja mama znalazła niedawno zeszyt z przepisami, w którym były moje rysunki. Strasznie się śmiałyśmy, bo to były konie, które rysowałam jak miałam trzy, może cztery lata. No i spełniłam takie dziecięce marzenie. Konie z Camargue są fantastyczne na żywo. Rejon też jest przepiękny. A drugie moje marzenie, które spełniłam, to zobaczyć ocean. Może wydawać się śmieszne, ale nigdy nie widziałam oceanu…

Dlaczego? Ja też nie.

Ale we Francji to jest: „jak to, nie widziałaś oceanu”? Dla nich ocean jest względnie niedaleko. I pojechałam. Swoim samochodem z silnikiem 1.0 zrobiłam prawie trzy tysiące kilometrów, po drodze miałam mnóstwo przygód. I to jest właśnie to, że podróże kształcą. Ja podróżowałam sama w tereny, w których wcześniej nie byłam. Jechałam na spontan, nie wiedziałam dokładnie jaką trasę zrobię, gdzie będę spała. Wszystko planowałam z godziny na godzinę. Ale to było niesamowite doświadczenie. To chyba taka podróż, która mi się marzyła: pojeździć samochodem po Europie. Może nie była to Europa, to była raptem Francja, ale mimo wszystko – trzy tysiące kilometrów po obcym kraju, to takie fajne doświadczenie. Przynajmniej dla mnie. W ogóle ten wyjazd bardzo mnie otworzył i tak umocnił. Już teraz wiem, że może są przeszkody w realizacji pewnych celów, ale wiem już, że nie ma takich przeszkód, których nie da się pokonać. Taką czy inną drogą właściwie wszystko można teraz zrobić. Kiedy człowiek zostaje sam i musi sobie radzić, to wyzwala taki potencjał i takie siły, z których wcześniej nawet nie zdawał sobie sprawy.

To jak to u ciebie działa? Budzisz się rano i myślisz sobie: dziś mam wolny dzień, pojadę sobie dokądś…

Jak pracuję, to tak nie ma. Jak pracuję, to jestem zmęczona, więc nie mam takiej fantazji, żeby pojechać tu czy tam. Ale jak skończyłam pracę w hotelu, a praca w winnicy przesuwała mi się ze względu na pogodę, kombinowałam gdzie mogę pojechać. I pomyślałam: Camargue, 450 kilometrów, dobra, wsiadam, jadę! Zapakowałam cały samochód – wszystko co miałam do zabrania. I w Toyocie Yaris z rowerem na tylnym siedzeniu, tak sobie podróżowałam. Wiedziałam, że chcę jechać do Camargue, a co dalej – nie wiedziałam. I tak palcem po mapie: OK, ocean, po drodze Bordeaux, winnice bordoskie, które też mnie fascynowały. Później trafiłam jeszcze do miejscowości Cahors, w której produkuje się fantastyczne wina czarne. Oni tam uprawiają tylko jeden szczep. To są wina czerwone, ale mają bardzo głęboki, ciemny kolor. I te pejzaże… Francja jest w ogóle przepięknym krajem. Nie została zniszczona tak jak Polska, więc właściwie każde miasteczko to jest takie stare miasteczko z kościółkiem. Nawet jak to jest wioska, to zawsze kościół stoi na środku i to jest przeurocze. Później ta moja podróż przybrała żywiołowy charakter. Miałam mnóstwo przygód. Na przykład wysiadł mi akumulator. W sobotę, w południe, w miejscowości, w której byłam pierwszy raz w życiu. I nagle samochód mi nie odpala. Co robić? Przecież sama sobie nie poradzę, wiem tylko gdzie nalać paliwo i płyn do spryskiwaczy. I to jest też fajne, że zawsze spotykałam się z szaloną życzliwością ludzi. Nigdy nie doświadczyłam, że ktoś mi powiedział „nie, nie pomogę pani”. Zaczepiłam jakiegoś pana, on kogoś zawołał, ten drugi zawołał jeszcze kogoś trzeciego, odpalili mi samochód, powiedzieli gdzie mam jechać, że to akumulator, gdzie mam go wymienić. Później jakiś pan pomagał mi go wymieniać. To są takie fajne doświadczenia, kiedy człowiek jest zdany sam na siebie, a nagle okazuje się, że ludzie wokoło są bardzo życzliwi i nie zostawią bez pomocy.