Kwitnące sady w rejonie Grabionnej. Fot. Marcin Maziarz
Kwitnące sady w rejonie Grabionnej. Fot. Marcin Maziarz
Bliskie podróżeIdee

Zróbmy sobie święto kwitnących sadów

Japończycy mają Hanami – podniesiony do rangi święta zwyczaj, w którego DNA wpisany jest chill. Kiedy tylko zakwitają wiśnie, miliony Japończyków wychodzą w plener, by delektować się obłędnym zapachem i zdominowanymi przez róż krajobrazami. To tylko tydzień, może dwa tygodnie, na które cała Japonia czeka kolejny rok. Nie bez powodu – obok zachodzącego słońca – to kwitnące wiśnie stały się symbolem tego kraju. Tymczasem u nas – głównie na wschód od Piły – właśnie trwa obłędny festiwal kwitnących sadów.

Trwa w absolutnej ciszy. Kwitnące sady oglądają głównie miejscowi. Dla nich to powszedni obrazek, który mają co roku na wyciągnięcie ręki. W rejonie Grabionnej i Białośliwia chyba nie ma nikogo, kto choćby w dalszej rodzinie nie miał sadownika.

Ale co, gdyby ustanowić prawdziwe regionalne święto kwitnących sadów? Wystarczy ruszyć w drogę, by już za Kaczorami mieć przedsmak tego, co czeka dalej. Do Miasteczka Krajeńskiego mijamy jeszcze kilka bielących się, niewielkich sadów, ale tuż za Grabionną biało-zielony krajobraz rozciąga się na całej szerokości horyzontu. Szutrowe dróżki już kuszą, by zjechać. Główna droga w stronę Białośliwia najpierw opada, by natychmiast zacząć piąć się w górę. Wystarczy bezpiecznie się zatrzymać, by podziwiać piękną symbiozę Człowieka i Natury. Rosnące na łagodnym zboczu białe sady to widok zachwycający. Na pewno masz w pamięci obrazek pięknej winnicy urządzonej gdzieś na łagodnym, słonecznym zboczu gdzieś na południu Europy… Zamknij oczy, a winorośle zastąp jabłoniami… Kwitną na biało, w otoczeniu świeżej, soczystej zieleni, muskane słońcem i łagodnym wiatrem… Zaciągnij się powietrzem. Czujesz ciepły wiatr w nozdrzach? To życie właśnie zwalnia.

Ale to nie koniec drogi, bo prawdziwe święto czeka w Białośliwiu. Przez dwa, może trzy tygodnie w roku miasteczko (formalnie wieś) wygląda tak, jakby szalony urbanista postanowił poutykać domy między morzem białego kwiecia. Samochód można zostawić na parkingu gdzieś przy głównej ulicy i iść na spacer. Choć najwygodniejszy będzie rower. W którąkolwiek stronę się nie ruszysz – w Białośliwiu zawsze trafisz na sady.

To ważne: nigdy, pod żadnym pozorem, nie wchodź do sadu. Nawet jeżeli nie jest ogrodzony, to zawsze prywatny teren, a przecież nikt nie lubi, kiedy obcy kręcą się po podwórku. Zrywanie kwiatów, czy gałązek jest niedozwolone. Szacunek przede wszystkim – zarówno dla ludzi, jak i dla natury. Już samo oglądanie z ogólnodostępnych miejsc – nawet przez płot – dostarcza niesamowitych wrażeń. A to można robić do woli.

Ulotność jest kwintesencją tego krótkiego czasu. Białe kwiaty pojawiają się najpierw na śliwach. Później bielą i różowią się wiśnie i czereśnie, a na końcu – jabłonie. Tych ostatnich jest najwięcej, więc i końcówka tego okresu jest najintensywniejsza. Całość to raptem jakieś trzy, może cztery weekendy, w czasie których można zanurzyć się w bieli, poczuć ulotność, z bliska obejrzeć delikatność białych płatków. I usłyszeć bzyczenie pszczół i trzmieli, bo to od nich zależy, czy późnym latem i wczesną jesienią w sadach będzie się czerwienić. Czy będzie powód do kolejnego świętowania?

A gdyby tak z oglądania kwitnących na biało sadów uczynić tradycję? Zwyczaj, zgodnie z którym czekamy na ten wyjątkowy czas, kiedy sadownicze zagłębie regionu wygląda po prostu obłędnie? Czas, w którym choć na godzinę, może na kilka godzin odrywamy się od codzienności, otaczamy się bielą i świeżą zielenią, zachwycającym pięknem, które jest tylko na chwilę? Bo kiedy ta chwila minie – wszystko zniknie. Na moment zanurzamy się w świecie niemal nierzeczywistym, przywodzącym na myśl Daleki Wschód, a który „od zawsze” mamy na wyciągnięcie ręki. Coś, co – mimo bliskości – znamy słabo, z czego potencjału jeszcze nie zdajemy sobie sprawy. Weekend, dwa, może trzy, w czasie których ruszamy w bliską podróż, której celem jest chill i celebracja życia w jego najbardziej zachwycającej postaci?

Właśnie kwitną jabłonie. To będzie chyba ich ostatni weekend. Niech to będzie nasze pierwsze lokalne Święto Kwitnących Sadów. Całkiem świadome, ale spontaniczne w formie. Może tym razem zobaczysz region, jakiego nie znasz? Może coś cię zadziwi? A może przypomnisz sobie o czasie beztroskiego dzieciństwa, kiedy wszystko było prostsze? Nikomu nie trzeba płacić, niczego nie musisz rezerwować. Po prostu wyrusz w drogę na bardzo bliski wschód, do niesamowitej Krainy Kwitnących Sadów.

Marcin Maziarz
Wydawca Magazynu67. Zakochany w regionie nad Gwdą i Notecią oraz w Pojezierzu Wałeckim. Ceniący i chętnie odwiedzający krainy nieco dalsze: Pojezierza: Drawskie i Szczecineckie, Kaszuby i wybrzeże Bałtyku ze szczególną atencją dla Półwyspu Helskiego i Zatoki Puckiej. Uzależniony od poszukiwania miejsc, w których jeszcze go nie było, od słuchania ludzi, którzy mają coś do powiedzenia i od spisywania historii, które mają sens. Do tej listy rodzina dodałaby jeszcze „weź, nie rób już tylu zdjęć”. Od czasu do czasu pokazuje się w TV Asta. Prywatnie tata dwóch synów i niemąż jednej nieżony.